30 gru 2010

Jak wybrać gitarę?

W życiu początkującego gitarzysty zawsze zdarza się chwila, w której pragnie on kupić własny instrument. Często sprawa ta staje się sporym problemem, ciężko jest zdecydować się na ten jedyny model, spośród tysięcy dostępnych na rynku. Przedstawiam więc kilka podstawowych wskazówek, które mam nadzieję pomogą podjąć tę jakże ważną decyzję.

Podstawowym kryterium przy wyborze gitary jest jej typ. Gitary możemy podzielić na kilka podstawowych rodzajów: akustyczna, klasyczna i elektryczna. Jednak każdy z tych rodzajów ma swoje wady i zalety. Postaram się opisać te najważniejsze dla początkujących oraz wskazać modele dobre na początek przygody z gitarą.

Gitara klasyczna
Jest to gitara o najprostszej budowie, przez co jest stosunkowo tania. Solidną, dobrze brzmiącą gitarę klasyczną można kupić już za około 300zł. Jej zaletą jest piękne, delikatne brzmienie. W gitarach klasycznych montowane są nylonowe struny, które są znacznie bardziej przyjazne dla miękkich palców początkującego gitarzysty ;) Do wad należy niska głośność, przez co gitara ta nie nadaje się na ogniska lub występy w głośnych pomieszczeniach ze złym nagłośnieniem. Jest to też gitara mało uniwersalna, wykonuje się na niej głównie solowe aranżacje utworów oraz kolędy, głównie przez jej miękkie, mało wyraziste brzmienie. Z tego względu jest to raczej słaby wybór, jeśli ma to być nasza pierwsza, jedyna gitara.

Polecane modele:
Hohner HC-06, Hohner HC-03, Admira Paloma

UWAGA!!! Wystrzegać się wszelkich kolorowych wyrobów gitaropodobnych sprzedawanych na Allegro za nieco ponad stówkę! Równie dobrze możecie tą stówkę spalić, taka "gitara" i tak zwykle nie dociera pocztą w jednym kawałku.

Gitara akustyczna
W przypadku tego typu gitar wydatki zaczynają się od ok. 500zł. W zamian za to dostajemy bardzo uniwersalną gitarę, idealną na ogniska, domowe ćwiczenia oraz wszelkie inne okazje. Jest to typ gitary, na której możemy grać praktycznie wszystkie rodzaje muzyki (oprócz różnych odmian metalu, które ze względu na brzmienie i tempo nie mają racji bytu na gitarze akustycznej). Jest to bardzo głośny rodzaj gitar, co może być zarówno zaletą, gdy chcemy grać przy większej publice, oraz wadą gdy nie chcemy nikomu przeszkadzać swoimi ćwiczeniami. Wadę tę można jednak zniwelować kupując gumową zaślepkę na otwór rezonansowy. Warto też pomyśleć o zakupie gitary elektroakustycznej, czyli gitary akustycznej z wbudowaną elektroniką: przedwzmacniaczem i przetwornikiem. Taki typ gitary umożliwi nam łatwy zapis swoich ćwiczeń i wszelkich pomysłów, jest też znakomitym ułatwieniem, jeśli chcemy grać w przyszłości większe występy. Wadą gitary akustycznej są jej dość duże wymiary, które mogą sprawiać kłopot przy transporcie. Grube, metalowe struny oraz dość wysoka akcja mogą też być sporą przeszkodą dla początkujących gitarzystów, do płynnej gry potrzeba naprawdę dużej siły i wytrzymałości palców.

Polecane: Yamaha F310, Takamine G220, Epiphone AJ100, Samick Kensington D3

Gitara elektryczna
Jeśli chcemy grać mocne, rockowe lub metalowe kawałki, musimy kupić gitarę elektryczną. Jest to najbardziej uniwersalny typ gitary, możemy na niej grać dosłownie wszystko, od muzyki kościelnej po black metal z wnętrza piekieł ;) Niestety, wiąże się to z ogromnymi wydatkami. Porządny sprzęt, który będzie służył nam przez lata kupimy za około 1000zł. Niestety i ta suma może nie wystarczyć na nasz wymarzony model. Do tego dochodzi mnóstwo kosztów związanych z dodatkowym osprzętem potrzebnym do właściwego wykorzystania możliwości „elektryka”. Wzmacniacz, efekty, okablowanie i wszystkie inne gadżety bez których posiadanie gitary elektrycznej po prostu nie ma sensu, to kosmiczny wydatek. Na szczęście możemy go rozłożyć stopniowo i co jakiś czas dokupować jakieś nowe zabawki ;) Obecnie istnieją też alternatywy dla miliona drogich efektów w postaci cyfrowych multiefektów lub wzmacniaczy z wbudowanymi efektami. Wciąż są to jednak ogromne wydatki w porównaniu z gitarą akustyczną lub klasyczną. Jeśli zdecydujemy się na gitarę elektryczną, będziemy mieli bardzo uniwersalny sprzęt, który wymaga jednak dostępu do prądu, co dyskwalifikuje go w niektórych sytuacjach. Gitary elektryczne są też bardzo ciężkie, co przy grze na stojąco może mieć bardzo zły wpływ na kręgosłup dziecka. W przypadku gitary elektrycznej bardzo dużym problemem może być też wybór konkretnego modelu, z powodu ogromnej różnorodności.

Polecane: Squier seria Affinity, Samick AV3, Cort X2, Epiphone G400, Epiphone LP100,

Nowa czy używana?
Ważną sprawą przy kupnie gitary są też jej koszty. Dlatego warto rozważyć kupno gitary używanej. Możemy przy tym skorzystać z serwisów aukcyjnych, for internetowych, lub po prostu poszukać okazji wśród znajomych gitarzystów  Przy kupnie gitary używanej musimy jednak bardzo uważać, najlepiej skonsultować to zawsze z innym, doświadczonym gitarzystą, nie możemy też kupować w ciemno, nie oglądając dokładnych zdjęć instrumentu. Niestety czasem żadne zdjęcie nie ukaże ukrytej wady jak wypaczony gryf. Najlepiej jeżeli przed zakupem będziemy mogli przetestować gitarę z osobą o większym doświadczeniu. Wadą tej opcji jest to, że nie możemy się zżyć z gitarą używaną w takim stopniu jak z nową gitarą prosto z salonu.

Jaki wybrać model?
To może być bardzo trudna kwestia. Każda gitara różni się wyglądem, brzmieniem, możliwościami i oczywiście ceną. W przypadku gitary elektrycznej powinniśmy wybrać podobny kształt do gitary używanej przez naszego idola. W przypadku pozostałych rodzajów gitar sprawa jest nieco prostsza. Najłatwiej jest zdecydować się na konkretny model udając się do pobliskiego sklepu muzycznego. Być może znajdzie się tam model, w którym po prostu zakochamy się od pierwszego wejrzenia ;) W przeciwnym wypadku powinniśmy poprosić o radę sprzedawcę. Po wybraniu kilku modeli musimy zwrócić uwagę na brzmienie, wygodę gry oraz wygląd. Jest to dość ważna kwestia, bo na gitarze która nam się podoba, będziemy o wiele chętniej ćwiczyć 

Sklepy stacjonarne czy internetowe?
Kupując w sklepach internetowych mamy szansę zaoszczędzić nawet kilkaset złotych. Ryzykujemy jednak, że gitara ulegnie uszkodzeniu podczas transportu, lub że trafimy na jakiś wybrakowany egzemplarz. Jest to szczególnie ryzykowne, gdy nigdy nie słyszeliśmy danego modelu gitary i nie mamy pojęcia jakie jest jego brzmienie, możemy się po prostu ogromnie rozczarować. Warto jest choćby obejrzeć podobny model w sklepie muzycznym i dopiero później zdecydować się na kupno przez internet.

Zestawy dla początkujących
Buszując po sklepach internetowych lub krążąc po sklepach muzycznych na pewno natkniemy się na specjalne "zestawy dla początkujących". Nie dajmy się na to nabrać. Gitary oferowane w takich zestawach zwykle do niczego się nie nadają, a oferowane dodatki są bardzo słabej jakości i są zwykle równie bezużyteczne. Lepiej za tę samą cenę kupić solidniejszą gitarę i dokupować akcesoria w miarę potrzeb. Na dobrą sprawę do gitary akustycznej na początek wystarczy kilka kostek różnej grubości a do elektrycznej wzmacniacz i pasek.

Jako podsumowanie kilka najważniejszych porad przed zakupem:
1. Uwaga na tanie, chińskie gitarki bez nazwy.
2. Zestawy dla początkujących = strata kasy.
3. Przed zakupem należy obejrzeć gitarę i sprawdzić wygodę gry i brzmienie.
4. Warto wybrać się do sklepu z kimś bardziej doświadczonym.
5. Zakupy w sklepach internetowych to ostateczność.

8 gru 2010

30. rocznica śmierci Johna Lennona

To już 30 lat minęło od chwili, gdy ten legendarny artysta został zastrzelony przed swoim domem. Jeśli nigdy nie słyszałeś takich utworów jak "Imagine", "Instant Karma", czy "Stand By Me" to czas nadrobić zaległości!

Recenzja płyty Michael Jackson - Michael

Od czasu śmierci Króla Popu minęło już trochę czasu. Wytwórnie płytowe nie przestają jednak wykorzystywać jego popularności do zbijania fortuny na kolejnych gadżetach z wizerunkiem Michaela. Teraz zdecydowano się jednak pójść o krok dalej - wydano płytę z materiałami zarejestrowanymi w czasie życia artysty. Zawsze jestem bardzo przeciwny tego typu działaniom, tak jest i tym razem. Dlaczego? Zapraszam do dalszej lektury ;)

Płyta została ukazana w całości przedpremierowo na stronie profilu Michaela na FaceBooku. Dlatego nie mogę z czystym sumieniem opisywać wrażeń dźwiękowych, choć muszę przyznać, że jakość dźwięku sprawia całkiem dobre wrażenie już na tym etapie. Na oryginalnej płycie CD będzie z pewnością o wiele lepiej.

Płyta zaczyna się duetem z Akonem - "Hold My Hand". Fani zapewne znają tę piosenkę już od paru lat, ponieważ wyciekła ona w swej ówczesnej postaci do sieci ;)Pomimo tego, iż to chyba najbardziej chwytliwy utwór z całej płyty i tu mam parę uwag. Nie wiem czemu głos Akona tak bardzo kryje głos Michaela w refrenie i całej części utworu po pierwszej zwrotce Michaela, niezbyt mi się podoba to połączenie, choć sama piosenka naprawdę wpada w ucho.

Dalej następuje seria trzech w każdym aspekcie przeciętnych utworów, czyli: "Hollywood Tonight", "Keep Your Head Up" i "(I Like) The Way You Love Me". Przy czym zaznaczyć należy, że ten ostatni utwór to koszmarny gniot nie tylko biorąc pod uwagę wysokie standardy MJ'a, ale całego dzisiejszego rynku muzycznego. Pozostałe utwory są nawet znośne, w każdym można doszukać się jakichś pozytywnych aspektów, lecz w każdym brakuje tego "wykopu" który towarzyszył wszystkim hitom Jacksona.

Po tej chwili nudy otrzymujemy całkiem ciekawy "kąsek" jakim jest utwór Monster nagrany z 50 Centem. Chwytliwy refren, świetny rytm i genialny wokal Michaela. Tego właśnie oczekiwałem po utworach jakie miały znaleźć się na tej płycie. Dodatkowo mamy rapowaną zwrotkę od 50 Centa, która zdecydowanie urozmaica utwór.

Tu znów następuje przerywnik na totalną porażkę, jaką jest utwór "Best Of Joy". Co tu pisać, przykro mi, że usłyszałem tę piosenkę...

Kolejny utwór to "Breaking News" o którym było głośno już w chwili ukazania się krótkiego teasera teledysku. Krążą pogłoski, że to wcale nie jest głos Michaela i momentami rzeczywiście można odnieść takie wrażenie. Sama piosenka, lansowana na hit, jest raczej przeciętna nawet na tle tego albumu. Mało ciekawy beat i trochę zbyt monotonny refren. Na uwagę zasługuje tekst piosenki opisujący uczucia Michaela na temat informacji umieszczanych o nim w mass-mediach.

"(I Can't Make It) Another Day" to utwór o najcięższym brzmieniu na tej płycie. Zawdzięczamy go perkusji Dave'a Grohl'a oraz wokalowi i gitarze Lenny'ego Kravitz'a. W tym utworze również brakuje iskry geniuszu Jacksona, refren jest całkiem niezły ale w zwrotkach niestety brakuje jakiegoś porywającego riffu na gitarze jak w "Black & White" i wielu innych utworach MJ'a.

Oklaski i krzyki widowni oraz solo na saksofonie wprowadzają nas do kolejnego utworu - "Behind the Mask". To moim zdaniem jeden z mocniejszych punktów tego albumu. Irytują mnie zdecydowanie zbyt głośne chórki "piszczane" przez Michaela w refrenie. Więcej zarzutów do tej piosenki nie mam ;) Świetnie wypadają natomiast fragmenty śpiewane przez syntezator, dają tej piosence specyficzny klimat złotej ery muzyki pop :) Saksofon pojawiający się ponownie w dalszej części utworu jest właśnie takim charakterystycznym elementem, którego brakowało mi w pozostałych piosenkach. Nie pozwala się nudzić, urozmaica całą kompozycję. Zdecydowanie utwór godny uwagi.

Album zamyka spokojna ballada "Much Too Soon". Michael śpiewa tu delikatnie do akompaniamentu instrumentów smyczkowych, gitary klasycznej, akordeonu i harmonijki ustnej. Nie mam absolutnie żadnycg uwag krtyczynych do tej krótkiej ballady. Jest to wymarzone zamknięcie albumu muzycznego. Pojawia się nawet krótkie, ale zarazem bardzo harmonijne solo na gitarze klasycznej. Cudowna atmosfera w jaką wprowadza ciepłe brzmienie instrumentów i spokojny głos Jacksona to pierwszy cios w serce słuchaczy. Drugim ciosem, który zdecydowanie zasmuci wszystkich fanów Michaela są słowa zaśpiewane a capella "I guess I learned my lesson much too soon." które w dobitny sposób przypominają nam o śmierci Króla Popu i pozostawiają nas z ciszą, która towarzyszy końcowi płyty... oraz z dziwnym poczuciem niesmaku.

Cały album trwa około 42 minut, lecz gdyby zostawić jedynie fragmenty choć troszkę godne uwagi, to z trudem otrzymalibyśmy kwadrans porządnej muzyki. Większość utworów zaprezentowanych na płycie "Michael" jest naprawdę słaba. Po tego typu płycie oczekiwałbym godnego materiału, który w doskonały sposób podsumowałby i zakończył dorobek artystyczny doskonałego artysty jakim był Michael Jackson. Niestety jest zupełnie inaczej. Tłumy ludzi, którzy zapłacą niemałą sumę pieniędzy za najnowszy album sygnowany nazwiskiem Michaela Jacksona (podkreślam to, ponieważ jestem pewien, że MJ nie dopuściłby do ukazania się tak słabego materiału podpisanego jego nazwiskiem) mają prawo czuć się zawiedzione po wysłuchaniu przygotowanych dla nich utworów. Niestety, album "Michael" to zdecydowanie plama w biografii artysty. W ogólnych kryteriach ocena jaką wystawiłbym tej płycie to 6/10, lecz w standardach Jacksona ten album zasługuje najwyżej na 2/10, za klimatyczne zakończenie.

10 wrz 2010

Test odtwarzacza Vedia V39

Wstęp
Wiem, że sporo czasu minęło już od premiery odtwarzacza VEDIA V39, niemniej uważam że każda zamieszczona na blogu recenzja jest wartościowa ponieważ ktoś zainteresowany danym odtwarzaczem będzie mógł przeczytać o nim jakieś materiały. Poza tym V39 wciąż jest poszukiwana ze względu na swoje znakomite brzmienie. Dlatego w wakacyjnym przypływie wolnego czasu postanowiłem spisać recenzję tego odtwarzacza. Odtwarzacz mam już od dość długiego czasu więc zdążyłem poznać wszystkie jego mocne i słabe strony.


Wygląd i zawartość pudełka
Odtwarzacz dostajemy zapakowany w eleganckie czarne, kartonowe pudełko z białymi wzorami i grafiką przedstawiającą odtwarzacz. Po wyjęciu środkowej części i rozłożeniu jej ukazuje się bohater główny recenzji, czyli V39. Jest on umieszczony w zagłębieniu w styropianie skąd dość ciężko go wyjąć, ale za to jest dobrze chroniony przed uszkodzeniami w transporcie. W drugiej przegródce znajduje się cały komplet akcesoriów dołączanych wraz z V39, mianowicie:
-słuchawki
-zamszowe etui
-skórzana smycz na szyję
-rysik
-kabel USB
-kabel line-in
-szmatka do ekranu
-ładowarka sieciowa
-płyta ze sterownikami
-instrukcja i karta gwarancyjna.
Jak widać zestaw akcesoriów jest naprawdę bogaty, niewiele odtwarzaczy może się poszczycić bogatszą zawartością pudełka. Bardzo cieszy, że cena za tak bogaty pakiet jest wciąż konkurencyjna do głównych rywali z tego segmentu produktów. Mam jednak pewne zastrzeżenia co do wykonania etui na odtwarzacz. Używam go codziennie od kilku miesięcy i niestety wewnętrzna, biała warstwa zaczęła się mocno brudzić i odklejać od czarnego „zamszu” a brzegi strzępią się. Na szczęście futerał spełnia swoje zadanie i chroni odtwarzacz przed rysami i uszkodzeniem ekranu.


Wygląd odtwarzacza i jakość wykonania
V39 jest dość mały, przód jest zbudowany z czarnego, matowego plastiku. Plastik w dotyku nie sprawia solidnego wrażenia ale jest dość odporny na zarysowania. Niestety zauważyłem, że po kilku miesiącach mój odtwarzacz zaczął blaknąć :( Z przodu odtwarzacza po lewej stronie znajduje się głośnik mono o dość dużej głośności (dla niektórych spora wada ;)). Po prawej stronie znajduje się czerwona, kwadratowa dioda LED. Włącza się ona przy każdym uruchomieniu odtwarzacza. Później mruga sobie bezcelowo co ustawioną liczbę sekund (na szczęście można ją wyłączyć). Tył odtwarzacza wykonany jest z błyszczącego, cieniutkiego metalu bardzo podatnego na zarysowania. Bardzo denerwujące jest to, że tył działa jak lustro i tak samo widać na nim odciski palców. Z boku w wycięciach w metalowej części są umieszczone: gniazdo słuchawkowe (pełniące też rolę line-in), miejsce na smycz lub rysik, gniazdo USB, przycisk reset i mikrofon. Na górze znajduje się przycisk ON/OFF i służący zarazem do blokowania ekranu dotykowego. Jedyne zastrzeżenia co do wykonania odtwarzacza należą się za spaprane firmowo gniazdko słuchawkowe. Najwidoczniej maszynki oszczędnie rozdysponowywały spoiwo lutownicze, ponieważ po pewnym czasie większość użytkowników V39 ma problem z przerywaniem gniazdka i niestety musi radzić sobie z tym na własną rękę (lutownica w dłoń i poprawianie punktów lutowniczych, ja też już przeszedłem ten zabieg, polecam bo kłopoty znikają jak ręką odjął).


Co siedzi w środku?
Sercem odtwarzacza jest procesor Telechips. Znakomite brzmienie zapewnia kodek audio Wolfson. Na pokładzie znajduje się też pamięć Samsunga oraz bateria 1000mAH. Bateria trzyma długo, zgodnie z instrukcją jest to ok. 30h dla audio i 4h dla wideo.


Wyświetlacz dotykowy
W tym akapicie zajmę się opisem tego co najbardziej wszystkich w V39 denerwuje – ekranu dotykowego. Sam wyświetlacz nie powala jakością, kolory są odwzorowywane ze średnią dokładnością a w słońcu nie widać praktycznie nic, nawet na najbardziej prądożernych ustawieniach. Na średniej wielkości 2,6” wyświetlaczu został też umieszczony panel przycisków dodatkowych. Są to kolejno: zwiększanie i zmniejszanie głośności, menu główne, notatka, dyktafon. Wyświetlacz dotykowy jest dość precyzyjny, można go obsługiwać palcem ale wybór niektórych opcji jest bardzo utrudniony (np. powtarzanie A-B), żeby wybrać jakąś opcję na wyświetlaczu musimy nacisnąć z dość dużą siłą. Sprawia to czasem trochę kłopotu np. przy przesuwaniu zdjęć w powiększeniu. Na koniec muszę dodać, że jest to mój pierwszy sprzęt z dotykowym ekranem i przyznaję, że myślałem iż obsługa go będzie znacznie bardziej utrudniona. Niemniej sprzęt Vedii pozytywnie mnie zaskoczył. Co prawda nie ma szans na obsługę w kieszeni ale odtwarzacz nie jest bardzo dokuczliwy w obsłudze.


Muzyka
Odtwarzacz obsługuje następujące formaty plików muzycznych: mp3, flac, ape, ogg, aac. Oprócz tego obsługuje on IdTagi w wersji z obsługą okładek. Warto dodać, że aby tagi były poprawnie wyświetlane z okładkami to muszą być zapisane z kodowaniem Unicode. Na ekranie odtwarzania widzimy informacje o piosence na ruchomym pasku oraz folder w którym jest piosenka. Cały czas widzimy zegarek na górnym pasku oraz stan baterii. W lewym górnym rogu jest wyświetlany album-art lub logo VEDIA. Po środku jest niezbyt wyraźny analizator widma. Po kliknięciu w wolne miejsce ekranu ukazuje się pasek menu i przewijania utworu. Z dostępnych opcji mamy tu: dodawanie utworu do playlisty, wczytanie playlisty, zapis i wczytywanie zakładek do audio (znakomite do audiobooków!) i przeglądanie plików. W opcjach odtwarzania mamy do wyboru: sposób odtwarzania (wszystkie utwory[niestety opcja nie działa, odtwarzany jest tylko jeden folder], playlista, jeden utwór, jeden folder, losowo, powtórz[z błędem literowym w menu], teksty .lrc[funkcja karaoke], ID3 tagi). Z dostępnych ulepszaczy dźwięku mamy: dwa user EQ, rbs, normal, rock, jazz, classic, pop, efekty RBS, Stone-3D oraz Stone EQ, który jest świetnym narzędziem. Piosenkę przewija się klikając w wybrane miejsce na pasku postępu. Funkcję A-B włącza się okrutnie małym prostokącikiem na górze ekranu.


Brzmienie
Największa zaleta odtwarzacza Vedia V39 to jego walory dźwiękowe. Ten maleńki odtwarzacz dysponuje bardzo dużą mocą wyjściową, dzięki czemu może napędzać duże, nauszne słuchawki bez zewnętrznego wzmacniacza. Jego brzmienie jest bardzo zrównoważone, nieco wybijają się niskie tony, co akurat bardzo mi odpowiada ;) Wysokie tony są łagodne, nie kłują w uszy, akcenty w utworach są więc dobrze słyszalne i nie irytują przy odsłuchu. Średnie tony są mocno wyeksponowane i bardzo dobrze podkreślone basem przez co najważniejsze partie utworów, czyli wokal, gitary i perkusja brzmią doskonale. Jednocześnie słuchając muzyki na V39 mamy wrażenie przestrzeni. Dźwięk jest tak czysty i dynamiczny jakbyśmy słuchali muzyki wykonywanej w studio :)


Filmy
Odtwarzanie filmów to najsłabsza strona V39. Obsługiwany jest jedynie format avi po konwersji do rozdzielczości 320x240 @ 30fps. Filmy odtwarzane są płynnie, nie ma zwiech, lecz na małym ekranie średniawej jakości niewiele widać. Bateria też nie wytrzyma zbyt długiego seansu dlatego uważam, że możliwość odtwarzania filmów to w tym odtwarzaczu tylko ciekawy dodatek.

Zdjęcia
VEDIA V39 odczytuje następujące formaty plików graficznych: bmp, jpeg, gif(także animowany). Zdjęcia prezentują się dobrze niestety mały wyświetlacz nie umila ich przeglądania. Zdjęcia możemy obracać i powiększać (2x). Bardzo fajnie przegląda się paseczki z Garfieldem. Po powiększeniu mieszczą się na szerokość idealnie w ekranie i wystarczy przesuwać je palcem.

E-Book
V39 umożliwia obsługę plików tekstowych w kodowaniu Unicode. E-książki mają polskie znaki, nie ma z nimi żadnych problemów. Obsługa e-booków jest bardzo rozbudowana, możemy ustawić automatyczne przewijanie tekstu z określonym odstępem czasu, ustawiać własne tło, zapisywać zakładki oraz ustawiać wybraną stronę (jest licznik odpowiadający ilości ekranów [jeszcze nie przeliczyłem ile ekranów składa się na jedną stronę A4 ;)]).

Nagrywanie dźwięków
Dyktafon w V39 to potężne narzędzie, w odróżnieniu od innych playerowych „dyktafoników”. Już sam wbudowany mikrofon nagrywa w znośnej jakości, a do tego dysponujemy wejściem line-in. Dzięki temu możemy podłączyć dowolny mikrofon stereo i zacząć nagrywanie otoczenia. V39 nagrywa w bardzo dobrej jakości jak niektóre dyktafony cyfrowe. Możemy też nagrywać z dowolnego innego źródła dźwięku. Możemy na przykład podłączyć walkmana i przegrać swoją ulubioną taśmę (próbowałem nawet nagrać moje ćwiczenia na gitarze elektrycznej bez wzmacniacza i o dziwo udało się całkiem dobrze!). Poza tym możemy wybierać stopień wzmocnienia oraz funkcję VAD (gdy dyktafon wyłapie ciszę kończy aktualne nagranie i zaczyna nagrywać w nowym pliku). Dodatkowo możemy nagrywać audycje radiowe. Wszystkie nagrania zapisywane są w formacie mp3 z maksymalną jakością 192 kbps. Za możliwości w zakresie nagrywania dźwięku V39 dostaje u mnie 6+ (w sześciostopniowej skali ;)).

Radio
Radio odbiera całkiem przyzwoicie. Nie ma problemów z wyłapywaniem stereo. Nie gubi stacji przy podróżach po mieście. Dodatkowymi ciekawostkami są: ustawianie czułości przy auto-szukaniu oraz możliwość przełączenia się na pasmo używane w Japonii (76 – 89 MHz). Możemy też ustawić co ile zmieniamy częstotliwość manualnie (100 – 300 kHz). Stacje radiowe brzmią dobrze, a funkcja automatycznego wyszukiwania działa znakomicie.


Inne funkcje
Z innych funkcji warto wymienić manager plików (pokazuje wszystkie pliki w pamięci odtwarzacza (nawet te nie odczytywane) i pozwala na ich usunięcie, notatnik (rysujemy literki i składamy z nich wyrazy – cholernie niewygodne), kalendarz, stoper (ma nawet możliwość zapisania 10 międzyczasów), oraz gry o bardzo egzotycznych nazwach LianLianKan (czyszczenie planszy z identycznych smile'ów) oraz WuZiLianZhu (ułóż 5 kropek w rzędzie, bardzo fajne można grać z komputerem na różnych poziomach trudności bądź z żywym przeciwnikiem). Należy dodać iż możemy zmieniać wygląd menu naszej V39 w prosty sposób wczytując nowy firmware co należy zaliczyć na plus.


Firmware 1.30
Nowa wersja fw (nie publikowana przez Vedię, jest tylko wersja Teclasta) wprowadza dwie nowe funkcjonalności: rysowanie po ekranie (możemy zmieniać kolor i grubość kreski) oraz chińskie szachy (do tej pory nie rozkminiłem reguł tej gry a nie miałem jakoś ochoty szukać tego po necie). Niestety w nowym oprogramowaniu występuje błąd który według mnie dyskwalifikuje tą wersję. Po każdej polskiej literze (w nazwach plików, folderów, e-bookach) dodawana jest jedna spacja gratis (np. Pó ź no) co bardzo uprzykrza korzystanie z odtwarzacza. {dostałem cynk, że inna osoba nie miała z tym problemu więc może dam drugą szansę wersji 1.30} Istnieje możliwość downgrade'u oprogramowania dzięki czemu możemy poeksperymentować.

Zakończenie
VEDIA V39 jest odtwarzaczem o ogromnych możliwościach, bardzo dobrym brzmieniu i świetnym stosunku ceny do jakości. Zestaw akcesoriów jest imponujący (niektórzy producenci nie dodają nawet ładowarki sieciowej!). Dlatego uważam, że ten odtwarzacz jeszcze długo będzie atrakcyjną propozycją jeśli ktoś nie szuka odtwarzacza z bajerami jak WiFi, Bluetooth, czy zaawansowana obsługa wideo.

Test urządzenia Popstick ...cokolwiek to jest ;)

Wstęp

Popstick to urządzenie firmy Popcatcher służące do zgrywania najpopularniejszych piosenek z radia. Producent twierdzi, że korzystanie z ich urządzenia to najłatwiejszy sposób na poszerzenie swojej muzycznej kolekcji. Czy tak jest naprawdę dowiecie się w tej recenzji.

Zawartość pudełka

W małym, plastikowym pudełku dostajemy: zasilacz sieciowy, kabel line-in, instrukcję oraz samo urządzenie wyglądem przypominające przerośnięty Pendrive. Pudełko nie zachwyca, ale jakość wykonania elementów zestawu nie budzi większych zastrzeżeń.

Działanie urządzenia

Urządzenie podłączamy do gniazdka sieciowego przez dołączony zasilacz i do dowolnego radia za pomocą kabla line-in (radio musi mieć wyjście słuchawkowe). W teorii urządzenie powinno „uczyć się” rozpoznawać stację przez siedem godzin. W tym czasie Popstick powinien nauczyć się odróżniać piosenki od reklam i komentarzy DJa. Potem powinna zacząć się magia ;)

Praktyka wygląda jednak nieco inaczej. Zanim urządzenie zapisało pierwsze kilka plików minęło pięć dni (czyli 120 godzin, nie 7 :P). Niestety mam też sporo uwag co do jakości nagrań. PopStick ma 512Mb wewnętrznej pamięci. Początkowo myślałem, że to drastycznie mało jak na tego typu urządzenie, jednak myliłem się. PopStick zgrywa piosenki do formatu mp3 o bitrate 128Kbps CBR. Wszystkie utwory mają w tagach artystę „Popcatcher” i płytę „Discover Music”. Dodawana jest też okładka z logo producenta. Niestety jakość jest tragiczna, urządzenie dokłada sporo szumów i nieprzyjemny metaliczny pogłos. Nie będę opisywał brzmienia utworów bo mijałoby się to z celem. Dźwięk jest tu po prostu tak płaski i nieprzyjemny, że nie ma co tu opisywać. Kolejną wadą zapisanych nagrań jest to, że niektóre kończą się urwaniem piosenki w pół słowa. Niestety jest to skutek wycięcia głosu radiowego spikera. Inne utwory kończyły się typowym, radiowym fade-out.

PopStick na pierwszy rzut oka spełnia swoje zadanie w 100%. Jest prosty w obsłudze (wymaga jedynie poprawnego podłączenia) i nagrywa piosenki z radia wycinając „melodyjki”, reklamy i monologi didżeja. Niestety nie jest to do końca prawda. Zapisane utwory są w słabej jakości, nie mamy też szans nagrać określonego, zaplanowanego przez nas materiału, bo jesteśmy zdani na „inteligencję” urządzenia. Nie mamy też co liczyć, że PopStick nagra nasze ulubione słuchowisko radiowe, bo urządzenie potraktuje je tak jak wspomnianego wcześniej DJ – brutalnie je wytnie. Ostatnią wadą jest czas potrzebny do zapełnienia pamięci – jest zdecydowanie za długi i przez to ostatecznie przekreśla użyteczność tego urządzenia.

Zakończenie
PopStick to zdecydowanie urządzenie pomysłowe. Ma moim zdaniem duży potencjał, być może w przyszłości tego typu rzeczy będą na co dzień ratować nas od krzykliwych reklam. Póki co jest to jednak jedynie ciekawy gadżet, który z pewnością znajdzie swoich amatorów.

22 sie 2010

Recenzja Vedia Muzzio Cutedocks

Wstęp

Dokanałówki Cutedocks to pierwszy model słuchawek Vedii z nowej linii produktów Muzzio. Charakteryzują się one nietypowym wzornictwem. Są one dostępne w czterech wariantach: Pandy, Biedronki, Świnka i omawiane w tej recenzji Pszczółki. Ich pełną specyfikację można przeczytać na poniższym zdjęciu.



Zawartość opakowania

Słuchawki sprzedawane są w komplecie z minimalnym, koniecznym wyposażeniem. W skład zestawu wchodzą słuchawki VEDIA Muzzio Cutedocks i trzy pary silikonowych gumek w różnych rozmiarach. Myślę, że większości przeciętnych użytkowników do których skierowane są te słuchawki ten komplet w zupełności wystarczy, a ludzie chętniej kupią ten model ponieważ nie muszą płacić za zbędne im akcesoria. Na ogromną pochwałę zasługuje wzornictwo pudełka. Nikt nie przeoczy tak kolorowego pudełka o ciekawym, wesołym designie przechodząc koło setek par słuchawek zapakowanych w przezroczysty blister. Kolejnym plusem jest samo wykonanie pudełka, które jest niesamowicie oszczędne i schludne dzięki czemu nie płacimy za pudełko tylko za same słuchawki. Opakowanie jest wykonane z giętego plastiku z kolorowymi, kartonowymi wkładkami. Za estetykę i ciekawe wzornictwo przy zachowaniu niskich kosztów należą się Vedii brawa!



Jakość wykonania

Słuchawki wykonane są bardzo porządnie. Kabel sprawia wrażenie solidnego, jest elastyczny i śliski i nie ma tendencji do plątania się. Pozłacany wtyk jest, opatrzony logiem Vedii. Biały kabel idealnie pasuje do wyglądu słuchawek choć obawiam się, że łatwo będzie go ubrudzić. Mam kilka zastrzeżeń do gumek. Są one mało elastyczne i delikatne przez co ciężko jest założyć je na słuchawki i łatwo jest je uszkodzić. Mi nie udało się ich założyć bez użycia pęsety.



Na oddzielny akapit zasługuje opis samych słuchawek, w tym wyjątkowym przypadku ma on chyba większe znaczenie niż opis dźwięku. Pszczółki wykonane są precyzyjnie, z najdrobniejszymi detalami. Zwierzątka wyglądają naprawdę uroczo, dodatkowo uroku dodają im gumowe skrzydełka i czułki. Chciałbym w tym miejscu rozwiać obawy niektórych użytkowników na temat odpadających skrzydełek. Są one elastyczne i bardzo solidnie zaklejone w słuchawce więc raczej nie odpadną bez usilnych starań użytkownika ;) Żadne słowa nie opiszą wyglądu tych słuchawek tak dobrze jak zdjęcia które znajdziecie niżej.



Wygoda

Miałem pewne obawy co do tych słuchawek, ponieważ Koss Spark Plug'i skutecznie zniechęciły mnie do doków, na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne. Słuchawki pewnie leżą w uchu, nie obluzowują się ani nie wypadają. Na pewno dużą rolę ma w tym dobre wykonanie kabla. Nie powodują też one dyskomfortu, nawet po wielu godzinach słuchania. Niemniej SRS-200 to w porównaniu z nimi raj w uszach ;)



Dźwięk

Cutedocksy nigdy nie były zapowiadane jako pogromca Grado czy Sennheisera dlatego podchodziłem do oceny ich dźwięku z pewnym dystansem i pamiętałem, że są to słuchawki skierowane do zwykłych „szarych” użytkowników. Odsłuchu dokonywałem na Vedia V39.

Na pierwszy plan wysuwa się średniej jakości bas. Przykrywa on resztę pasma. Dźwięk jest przez to mało wyrazisty i szczegółowy. Akcenty takie jak tamburyn lub ciche smyczki są całkowicie zagłuszone. Te słuchawki absolutnie nie nadają się do muzyki techno itp. ponieważ dźwięk zlewa się w jednolitą papkę. Całkiem nieźle wypadają jednak na metalu. Tego typu muzyka jest na ogół zimna i Pszczółki znakomicie to tuszują. Na pierwszy plan wysunięte są gitary co bardzo mnie ucieszyło. Wokale są ciepłe, nie doświadczyłem żadnego „tsyczenia” wysokich tonów.



Po czterech dniach kilkugodzinnego słuchania Cutedocksów powróciłem do SRS-200. Dźwięk na nich jest o wiele zimniejszy ale dzięki temu szczegółowy i dynamiczny. Po nasyceniu się basem z Pszczółek pochłaniałem najdrobniejsze smaczki w piosenkach Pink Floyd. Powróciły szczegóły jak delikatne brzmienie gitary akustycznej, słychać nawet kiedy Gilmour uderza w struny.

Podsumowanie

Vedia Muzzio Cutedocks są skierowane do mniej wymagających użytkowników i na pewno zostaną przez nich docenione za niecodzienny, wesoły wygląd. Bardziej czuli na dźwięk i nie gustujący w zwierzaczkach pownni rozejrzeć się za czymś innym.

21 sie 2010

Recenzja słuchawek Vedia SRS-300

Wstęp

Model SRS-300 to najnowszy model słuchawek w ofercie naszej rodzimej firmy VEDIA. Będą one najprawdopodobniej sprzedawane jedynie w formie OEM (dołączane do odtwarzacza), zatem nie będzie w recenzji miejsca na opis wyglądu i zawartości pudełka. „Trzysetki” są następcami całkiem udanego modelu SRS-200. Jednak nawet w tak popularnym na forum modelu SRS-200 nie uniknięto kilku błędów. A jak jest w nowszym produkcie?

Wygląd i wygoda

Słuchawki dotarły do mnie w niewielkiej kopercie. W środku znalazłem małą torebkę z naklejką głoszącą dumnie „VEDIA SRS-300 OEM”. W torebce były słuchawki i para gąbek. Niby skromnie, ale w produktach OEM to raczej standard. Same słuchawki nie wyglądają najgorzej (choć w tym aspekcie „200” kładą je na łopatki). Matowa obudowa wygląda na bardzo solidną i wytrzymałą. Wielkie, białe logo VEDIA na obu słuchawkach zdecydowanie dodaje im uroku. Mój ojciec wytknął mi jednak pewną wadę SRS-300. Oznaczenia „L” i „R” byłyby lepiej widoczne gdyby nie było wokół nich tego kółka, albo gdyby miało ono większą średnicę. Teraz zlewa się ono z literą i utrudnia odczyt osobom ze słabszym wzrokiem (choć i tak widać znaczny postęp w stosunku do modelu SRS-200 w których to ja, o nienagannym wzroku miałem problem z dostrzeżeniem maleńkich wytłoczek z literkami na gumowej części obudowy). Kabel jest zakończony złoconym wtykiem kątowym. Nie sprawia on solidnego wrażenia i może łatwo zostać najsłabszym punktem tych słuchawek. Kabel jest elastyczny, łatwo się plącze ale też nie zostają na nim ślady zagięć jak na tym od SRS-200. Wydaje się być znacznie bardziej wytrzymały niż ten cieniutki "sznureczek" z SRS-200.

Kolejne zagadnienie to wygoda słuchawek. Kilku ludzi pisało, że SRS-300 są znacznie wygodniejsze od SRS-200, niestety ja się z tym absolutnie nie zgadzam. SRS-300 mają w moich uszach fatalną tendencję do obluzowywania się i wypadania przy najlżejszym szarpnięciu kablem bądź ruszaniu głową. Jednak to może być tylko i wyłącznie wina moich uszu bo wygoda słuchawek to sprawa bardzo osobista i należy polegać głównie na własnej ocenie.



Brzmienie

W tym akapicie wiele razy posłużę się odwołaniem do wcześniejszego modelu Vedii SRS-200, ponieważ jest to model bardzo popularny wśród forumowiczów i jego brzmienie wiele razy było już opisywane na łamach forum i nie tylko. Pamiętajcie też, że dźwięk rozpatruję w kategorii „pchełek” a nie high-endowych słuchawek nausznych więc pamiętajcie - trochę wyrozumiałości


SRS-300 to słuchawki ciemne jak na pchełki. Bas jest dobrej jakości, choć mało naturalny. Niskie tony ogólnie podobają mi się znacznie bardziej niż w SRS-200. Średnie tony nie zostają w tyle za basem, są bardzo wyraziste. Średnica jest bardzo ciepła znacznie lepszej jakości niż w SRS-200. Idealnie brzmi gitara klasyczna oraz wokale, które są bardzo ciepłe i wydają się być bardzo blisko słuchacza. Nowy model SRSów znacznie lepiej nadaje się do rocka. Ich brzmienie powoduje, że gitara elektryczna wybija się na pierwszy plan, jest o wiele lepiej słyszalna (np. charakterystyczne brzmienie Slasha). Najwyższe tony to kolejna zaleta SRS-300. Brzmią bardzo dobrze, choć niektóre delikatne akcenty są słabo słyszalne. SRS-300 nie mają tendencji do sybilizacji choć oczywiście takowa czasem się pojawia, w końcu są to tylko pchełki. SRS-300 idealnie nadają się do rocka oraz muzyki w której główny nacisk jest położony na wokale (Katie Melua brzmi świetnie ;)). Bardzo dobrze brzmi też muzyka gitarowa (koncert Unplugged Claptona wgniótł mnie w fotel!) oraz klasyczna. Najgenialniej brzmi jednak blues. Na koniec chciałbym zaznaczyć, że SRS-300 niezbyt dobrze zgrywają się z V39 (choć i tak biją SRS-200) jednak z Motorolą E8 Rokr zgrywają się idealnie i koszą SRS-200, są po prostu bezkonkurencyjne (zdziwiło mnie jak świetnie brzmi ten telefon!).



Zakończenie
Na koniec powiem tylko tyle, że nie słyszałem jeszcze lepiej brzmiących pchełek (może dlatego, że nie miałem Yuin PK2 na testach ;)). Nowy model Vedii pozytywnie mnie zaskoczył, może dlatego że wyglądał niepozornie? SRS-300 już przy pierwszym kontakcie uwidaczniają swoją dźwiękową wyższość nad innymi słuchawkami typu pchełki. W kategorii OEM SRS-300 nie mają sobie równych!



Podziękowania dla firmy VEDIA za udostępnienie sprzętu na testy dożywotnie ;)

20 sie 2010

Recenzja odtwarzacza iRiver P10

Wstęp

Witam w mojej pierwszej recenzji, postaram się w niej opisać jak najdokładniej odtwarzacz iRiver P10. Odtwarzacz ten jest dostępny tylko na rynku azjatyckim, skutkuje to dwoma faktami: jest niezbyt dobrze znany w Polsce i jego menu opisane jest po chińsku ("krzaczki"). Dzięki temu mogłem jednak sprawdzić jak intuicyjny jest interfejs ;)



Pierwsze wrażenie

Z pudła wysłanego przez firmę MIP (pozdrawiam :)) wyjąłem małą, plastikową szkatułkę opakowaną w szary kartonik. W szkatułce znajdował się: odtwarzacz P10, słuchawki, kabelek USB, ładowarka, mini-stojaczek, instrukcja, sterowniki na płytce. Dodatkowo w odtwarzaczu schowany był rysik do obsługi ekranu dotykowego. Odtwarzacz jest bardzo duży i ciężki. Jego wymiary raczej dyskwalifikują go jako player na spacery i raczej nie takie jest jego podstawowe zadanie. P10 sprawia bardzo solidne wrażenie. Biała, matowa obudowa wydaje się być bardzo wytrzymała, nie widać też na niej odcisków palców. Dzięki prostemu designowi odtwarzacz prezentuje się bardzo gustownie. Niestety głośniczek i mikrofon są umieszczone z tyłu obudowy - jest to fatalne miejsce bo są stale zasłaniane dłonią. P10 mimo swoich gabarytów dobrze leży w ręce.

Muzyka

Odtwarzacz gra dobrze, ale bez rewelacji. Zdecydowanie brakowało mi w nim basu. Niestety, przy próbie poprawienia tego za pomocą EQ wyszła na jaw wada odtwarzacza - equalizer powoduje mocne przestery. Długo kombinowałem z różnymi ustawieniami, ale dźwięk zawsze pozostawał zniekształcony. Szczególnie system SRS WOW wprowadzał szumy i trzaski. Kolejną wadą jest czas uruchamiania odtwarzacza - około minutę ładuje się menu główne. Jest to dla mnie duża niedogodność, ponieważ zwykle wychodzę z domu w pośpiechu Na plus zasługuje ekran 'Now Playing' - grafika album-art jest duża i szczegółowa, tagi są duże i czytelne, widać wszystkie ustawienia odtwarzania. Wszystko dzięki dużemu, 4,3" wyświetlaczowi. Pewien tester stwierdził w swojej recenzji, że player jest bardzo głośny. Może i jest ale tylko na dołączonych do zestawu słuchawkach. Nawet na SRS-200 słuchałem na 32/40 głośności. Regulacja głośności jest nieliniowa, od 1 do 10 jest ogromny skok, pomiędzy 30 a 40 prawie nie ma różnicy.



Zdjęcia

Zdjęcia prezentują się znakomicie, w pełni ukazują walory wyświetlacza. Kąty patrzenia są znakomite, kolory nie są przekłamane, na wyświetlaczu widać najmniejsze detale zdjęć. Niestety w "krzaczkowanym" menu nie znalazłem funkcji "powiększ". Bardzo łatwo można natomiast ustawić zdjęcie jako tapetę, służy do tego specjalny przycisk na dolnym pasku.



Filmy

Największą frajdę sprawia na P10 oglądanie filmów. Znakomity wyświetlacz nie jest tu jedynym plusem. Filmy odtwarzane są płynnie, nie uświadczyłem żadnej zacinki. Dodatkowo, wszystkie filmy w .avi jakie miałem na dysku nie wymagały konwersji. Ciekawą funkcjonalnością jest dodawanie zakładek do filmów, bardzo użyteczne gdy chce się wrócić do określonego momentu w filmie.



E-booki

Kolejny ogromny plus należy się P10 za możliwości w zakreise odczytu plików tekstowych. Możemy otwierać pliki txt, doc i CSD. Wszystkie rodzaje plików obsługują polskie znaki. Pliki są wyświetlane jako czarny tekst na białym tle (oprócz CSD, tam tłem może być obraz). Dzięki temu wszystko jest czytelne a wzrok się nie męczy. W plikach doc widoczne są zdjęcia i formatowanie tekstu. Pliki CSD mają opcje odtwarzania dźwięków. Wszędzie możemy dodawać zakładki. Pliki doc możemy dodatkowo powiększać i obracać.



Inne opcje

Tutaj odtwarzacz niczym nie zaskakuje: zegarek, kalendarz, notatnik, dyktafon, głośniczek i opcjonalnie DMB - to wszystko. Brak tu chociażby radia i prostych gier na rysik. Odtwarzacz ma wyjście TV-Out jednak w komplecie nie było odpowiedniego kabelka i nie mogłem tego przetestować. Bardzo ciekawą funkcją jest możliwość konfiguracji menu głównego. Możemy dowolnie przesuwać, zmieniać rozmiary i kolory ikonek. Szkoda, że jest tak mało kolorów do wyboru, ale i tak można stworzyć coś fajnego



Wygoda obsługi

Tu niestety P10 zasługuje na naganę Jak już wspominałem odtwarzacz długo się uruchamia. Kolejną wadą jest krótki czas pracy. Co z tego, że odtwarzanie filmów jest znakomite, jeśli nie uda nam się obejrzeć filmu do końca? Ekran dotykowy to kolejna wada. O obsłudze palcem nie ma mowy, a prostokątny rysik kiepsko się trzyma. Niektóre elementy interfejsu są bardzo małe i ciężko w nie trafić. Twardy dysk 33GB to kolejny kiepski pomysł. Powoduje, że odtwarzacz niesamowicie się grzeje a przy odtwarzaniu muzyki często zaczyna hałasować.

Podsumowanie

iRiver P10 to odtwarzacz o ogromnych możliwościach. Nie ustrzegł się jednak błędów. Jest to jednak znakomity towarzysz dłuższych podróży (zwłaszcza gdy mamy dostęp do prądu ). Nie musimy się jednak martwić, że nie jest dostępny w Polsce, bo z łatwością można znaleźć dla niego dobrą alternatywę. Mam nadzieję, że recenzja Wam się podobała. Dzięki za uwagę!



Na koniec chciałbym serdecznie podziękować firmie Multimedia Intelligent Products za udostępnienie odtwarzacza do testów :)