Fani Lady Pank czekali na nowy album zespołu całe pięć lat. Gdy w końcówce 2010 roku zapowiedziany został nowy album emocje wśród fanów sięgnęły zenitu. Media dodatkowo „nakręcały” zniecierpliwionych fanów reklamując płytę hasłami typu „powrót do korzeni”, „esencja stylu Lady Pank”, „balangowe klimaty rodem z pierwszej płyty zespołu”. Po ukazaniu się pierwszego singla – „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą” zdania były podzielone. Większość fanów pozostawała sceptyczna co do najnowszego dzieła jednego z najpopularniejszych polskich zespołów. Czy warto było czekać? Odpowiedź znajdziecie w tej recenzji.
Album „Maraton” zespołu Lady Pank trafił do sklepów 20 czerwca 2011 roku i szturmem zdobył listy sprzedaży, szybko osiągając status złotej płyty. Otwiera go piosenka „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą” z tekstem autorstwa Andrzeja Mogielnickiego. Była ona pierwszym singlem emitowanym w radio. Utwór doczekał się też animowanego teledysku w reżyserii Darii Kopiec. „Dziewczyny…” to energiczna piosenka o prostym tekście, dotyczącym zachowania dziewczyn w dzisiejszych czasach. Utwór promowany jest jako flagowa piosenka nowej płyty. Nie jestem pewien czy słusznie. Jest on co prawda bardzo żywiołowy, wyróżnia się tym na tle pozostałych piosenek, lecz jego prostota może dać mylne wrażenie o reszcie piosenek na płycie, które są zupełnie odmienne. Kolejna piosenka – „Utracona miłość w nas” jest tego dobrym przykładem. Otwiera ją bardzo ciekawy motyw gitarowy („Dziewczyny…” otwiera wykrzyczany refren), po czym przechodzi on w równie ciekawą sekcję rytmiczną Jana Borysewicza, który znów zaskakuje zupełnie nowym brzmieniem gitary. Kompozycja jest okraszona prostą, ale świetnie brzmiącą partią solową Borysewicza. „Mój świat bez Ciebie” jest typowym utworem do zmiękczania dziewczyn na koncertach (czy panowie z Lady Pank nie są zbyt starzy na takie numery? ;)) w stylu „Zawsze tam gdzie Ty”, z chwytliwym refrenem i delikatnym brzmieniem gitary. Riff na naturalnych harmonicznych przed solówką, to arcydzieło. Choć nie rzuca się w uszy, to jest genialnym elementem całej piosenki. Sama solówka tak jak w poprzednim numerze nie ma powalić gitarzystów na kolana – jest po prostu zabójczo melodyjna. „Zwykła prowokacja” otwierana jest przez efektowne wejście perkusji, sama piosenka jest jedną z moich ulubionych z tej płyty, ciekawa melodia i tekst oraz świetna solówka Borysewicza sprawiają, że chce się jej słuchać na okrągło. „Z dachu” to drugi singiel, który trafił do rozgłośni radiowych na początku wakacji. Otwiera go prosty, ale interesujący motyw gitarowy, który świetnie ustawia klimat całej piosenki. Niestety, znakomity tekst w zwrotkach jest kompletnie zrujnowany kretyńskim wręcz refrenem „Z dachu dla jaj oglądaj kraj”… Ręce opadają, kiedy tak świetnie zapowiadająca się piosenka zostaje zdewastowana refrenem. Choć jego atutem niewątpliwie jest to, że jest prosty do zapamiętania i może dlatego utwór został wybrany jako singiel (również, moim zdaniem, niesłusznie). „Swojski chaos” otwierany jest charakterystycznym riffem na basie, słusznie skojarzonym przez fanów z motywem z gry „Mario” J Mam problem z jednoznacznym ocenieniem tej piosenki, z jednej strony mamy tu świetną melodię i ciekawy tekst w zwrotkach, ale w refrenie znów pojawia się irytujący banał „baby please don’t cry”. Sam refren jest jednak tak dynamiczny, że można wybaczyć ten jeden wers napisany „na siłę”. „Miłość to jest wszystko” to druga z piosenek z tekstem Mogielnickiego (wszystkie pozostałe teksty są autorstwa Janusza Panasewicza, wokalisty zespołu). Niestety brakuje tutaj gitarowej wirtuozerii Jana Borysewicza, przez co utwór ma nieco zbyt popowy charakter. Tekst jest naprawdę ciekawy, refren wpada w ucho, jednak przez brak jakiejś charakterystycznej solówki lub partii rytmicznej cały utwór jest raczej mdły. „Nie mamy nic do stracenia” to jeden z najlepszych utworów na płycie. Rozpoczyna się on cichym bluesowym rytmem gitary, po czym wchodzi wokal razem z ostrzej brzmiącą gitarą rytmiczną. Utwór od pierwszych taktów jest bardzo dynamiczny, co dodatkowo potęguje świetny refren. Później pojawia się też doskonałe przejście, imponujące jest to, że cały zespół zmienia rytm i tonację po jednym uderzeniu perkusisty w talerze. Właśnie ten element sprawia, że jest to jedna z najciekawszych piosenek na „Maratonie”. „Freedom time” od pierwszej sekundy daje wrażenie, jakby był mocno inspirowany twórczością zespołu U2. Nie jest to jednak absolutnie wada tej kompozycji. Głęboki, szczery tekst i doskonałe brzmienie gitary, która świetnie harmonizuje z wokalem w refrenie są dodatkowo urozmaicone przez ciekawe przejścia. Jest to drugi utwór, który moim zdaniem powinien zostać singlem. Tak doświadczony zespół jak Lady Pank powinien dać przykład początkującym artystom, że nie tylko kiczowate piosenki, z prostym rytmem na trzech akordach i wykrzyczanym dziesięć razy refrenem mogą odnieść sukces komercyjny. Ostatnia piosenka „Życie jak maraton” to zdecydowanie mój ulubiony utwór z najnowszego dzieła artystów z Lady Pank. Fenomenalny rytm gitary, świetny wokal i tekst, porywający refren, który na zakończenie jest śpiewany a capella sprawia, że po skończeniu odtwarzania płyty pojawia się żal, że to już jest koniec. Moim zdaniem to właśnie ten utwór powinien promować najnowsze dzieło wyjadaczy polskiego rocka.
Na koniec jeszcze parę słów o wydaniu płyty. Szata graficzna (okładka i wszelkie obrazki na pudełku) są utrzymane w tym samym klimacie, co teledysk do „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą”, jest to kreskówkowa stylistyka. Wśród fanów zdania są podzielone, faktem jest, że wizerunki artystów na okładce, to raczej karykatury niż podobizny, ale całość prezentuje się całkiem dobrze, jest dużo detali dla wnikliwych obserwatorów (jak plakaty w tle ;)). W pudełku znajdziemy też książeczkę z tekstami piosenek, często zdarza się ostatnio, że w wydawnictwach brakuje nawet takiego gadżetu. W tekstach zdarzyło się kilka drobnych błędów, ale są to naprawdę małe szczegóły (być może błędy Panasa podczas nagrywania). Martwi mnie tylko sprawa trwałości kartonowego pudełka.
Wielokrotne przesuwanie premiery, mocno napompowane zapowiedzi i recenzje, wieloletnie oczekiwania. To wszystko nie poszło na marne, wierni fani zespołu Lady Pank otrzymali solidną porcję świetnego materiału, moim zdaniem jest to jeden z najlepszych albumów w ich prawie trzydziestoletniej karierze. Zdecydowanie polecam, nie tylko fanom, ale wszystkim miłośnikom muzyki.