20 sie 2011

Recenzja płyty Lady Pank - Maraton


Fani Lady Pank czekali na nowy album zespołu całe pięć lat. Gdy w końcówce 2010 roku zapowiedziany został nowy album emocje wśród fanów sięgnęły zenitu. Media dodatkowo „nakręcały” zniecierpliwionych fanów reklamując płytę hasłami typu „powrót do korzeni”, „esencja stylu Lady Pank”, „balangowe klimaty rodem z pierwszej płyty zespołu”. Po ukazaniu się pierwszego singla – „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą” zdania były podzielone. Większość fanów pozostawała sceptyczna co do najnowszego dzieła jednego z najpopularniejszych polskich zespołów. Czy warto było czekać? Odpowiedź znajdziecie w tej recenzji.

Album „Maraton” zespołu Lady Pank trafił do sklepów 20 czerwca 2011 roku i szturmem zdobył listy sprzedaży, szybko osiągając status złotej płyty. Otwiera go piosenka „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą” z tekstem autorstwa Andrzeja Mogielnickiego. Była ona pierwszym singlem emitowanym w radio. Utwór doczekał się też animowanego teledysku w reżyserii Darii Kopiec. „Dziewczyny…” to energiczna piosenka o prostym tekście, dotyczącym zachowania dziewczyn w dzisiejszych czasach. Utwór promowany jest jako flagowa piosenka nowej płyty. Nie jestem pewien czy słusznie. Jest on co prawda bardzo żywiołowy, wyróżnia się tym na tle pozostałych piosenek, lecz jego prostota może dać mylne wrażenie o reszcie piosenek na płycie, które są zupełnie odmienne. Kolejna piosenka – „Utracona miłość w nas” jest tego dobrym przykładem.  Otwiera ją bardzo ciekawy motyw gitarowy („Dziewczyny…” otwiera wykrzyczany refren), po czym przechodzi on w równie ciekawą sekcję rytmiczną Jana Borysewicza, który znów zaskakuje zupełnie nowym brzmieniem gitary. Kompozycja jest okraszona prostą, ale świetnie brzmiącą partią solową Borysewicza. „Mój świat bez Ciebie” jest  typowym utworem do zmiękczania dziewczyn na koncertach (czy panowie z Lady Pank nie są zbyt starzy na takie numery? ;)) w stylu „Zawsze tam gdzie Ty”, z chwytliwym refrenem i delikatnym brzmieniem gitary. Riff na naturalnych harmonicznych przed solówką, to arcydzieło. Choć nie rzuca się w uszy, to jest genialnym elementem całej piosenki. Sama solówka tak jak w poprzednim numerze nie ma powalić gitarzystów na kolana – jest po prostu zabójczo melodyjna. „Zwykła prowokacja” otwierana jest przez efektowne wejście perkusji, sama piosenka jest jedną z moich ulubionych z tej płyty, ciekawa melodia i tekst oraz świetna solówka Borysewicza sprawiają, że chce się jej słuchać na okrągło. „Z dachu” to drugi singiel, który trafił do rozgłośni radiowych na początku wakacji.  Otwiera go prosty, ale interesujący motyw gitarowy, który świetnie ustawia klimat całej piosenki. Niestety, znakomity tekst w zwrotkach jest kompletnie zrujnowany kretyńskim wręcz refrenem „Z dachu dla jaj oglądaj kraj”… Ręce opadają, kiedy tak świetnie zapowiadająca się piosenka zostaje zdewastowana refrenem. Choć jego atutem niewątpliwie jest to, że jest prosty do zapamiętania i może dlatego utwór został wybrany jako singiel (również, moim zdaniem, niesłusznie).  „Swojski chaos” otwierany jest charakterystycznym riffem na basie, słusznie skojarzonym przez fanów z motywem z gry „Mario” J Mam problem z jednoznacznym ocenieniem tej piosenki, z jednej strony mamy tu świetną melodię i ciekawy tekst w zwrotkach, ale w refrenie znów pojawia się irytujący banał „baby please don’t cry”. Sam refren jest jednak tak dynamiczny, że można wybaczyć ten jeden wers napisany „na siłę”.  „Miłość to jest wszystko” to druga z piosenek z tekstem Mogielnickiego (wszystkie pozostałe teksty są autorstwa Janusza Panasewicza, wokalisty zespołu). Niestety brakuje tutaj gitarowej wirtuozerii Jana Borysewicza, przez co utwór ma nieco zbyt popowy charakter. Tekst jest naprawdę ciekawy, refren wpada w ucho, jednak przez brak jakiejś charakterystycznej solówki lub partii rytmicznej cały utwór jest raczej mdły. „Nie mamy nic do stracenia” to jeden z najlepszych utworów na płycie. Rozpoczyna się on cichym bluesowym rytmem gitary, po czym wchodzi wokal razem z ostrzej brzmiącą gitarą rytmiczną. Utwór od pierwszych taktów jest bardzo dynamiczny, co dodatkowo potęguje świetny refren. Później pojawia się też doskonałe przejście, imponujące jest to, że cały zespół zmienia rytm i tonację po jednym uderzeniu perkusisty w talerze. Właśnie ten element sprawia, że jest to jedna z najciekawszych piosenek na „Maratonie”. „Freedom time” od pierwszej sekundy daje wrażenie, jakby był mocno inspirowany twórczością zespołu U2. Nie jest to jednak absolutnie wada tej kompozycji. Głęboki, szczery tekst i doskonałe brzmienie gitary, która świetnie harmonizuje z wokalem w refrenie są dodatkowo urozmaicone przez ciekawe przejścia. Jest to drugi utwór, który moim zdaniem powinien zostać singlem. Tak doświadczony zespół jak Lady Pank powinien dać przykład początkującym artystom, że nie tylko kiczowate piosenki, z prostym rytmem na trzech akordach i wykrzyczanym dziesięć razy refrenem mogą odnieść sukces komercyjny. Ostatnia piosenka „Życie jak maraton” to zdecydowanie mój ulubiony utwór z najnowszego dzieła artystów z Lady Pank.  Fenomenalny rytm gitary, świetny wokal i tekst, porywający refren, który na zakończenie jest śpiewany a capella sprawia, że po skończeniu odtwarzania płyty pojawia się żal, że to już jest koniec. Moim zdaniem to właśnie ten utwór powinien promować najnowsze dzieło wyjadaczy polskiego rocka.

Na koniec jeszcze parę słów o wydaniu płyty. Szata graficzna (okładka i wszelkie obrazki na pudełku) są utrzymane w tym samym klimacie, co teledysk do „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą”, jest to kreskówkowa stylistyka. Wśród fanów zdania są podzielone, faktem jest, że wizerunki artystów na okładce, to raczej karykatury niż podobizny, ale całość prezentuje się całkiem dobrze, jest dużo detali dla wnikliwych obserwatorów (jak plakaty w tle ;)). W pudełku znajdziemy też książeczkę z tekstami piosenek, często zdarza się ostatnio, że w wydawnictwach brakuje nawet takiego gadżetu. W tekstach zdarzyło się kilka drobnych błędów, ale są to naprawdę małe szczegóły (być może błędy Panasa podczas nagrywania). Martwi mnie tylko sprawa trwałości kartonowego pudełka.

 Wielokrotne przesuwanie premiery, mocno napompowane zapowiedzi i recenzje, wieloletnie oczekiwania. To wszystko nie poszło na marne, wierni fani zespołu Lady Pank otrzymali solidną porcję świetnego materiału, moim zdaniem jest to jeden z najlepszych albumów w ich prawie trzydziestoletniej karierze. Zdecydowanie polecam, nie tylko fanom, ale wszystkim miłośnikom muzyki.


20 lip 2011

Sekret brzmienia gitary Fender Telecaster

Dźwięk gitary zależy od wielu czynników. Gatunek drewna, kształt, obecność komór rezonansowych, rodzaj przetworników to tylko niektóre z nich. Niektóre modele gitar zawdzięczają swoje unikatowe brzmienie niepozornym elementom, na które niewielu ludzi zwraca uwagę. Jednym z takich instrumentów jest Fender Telecaster. Swoje charakterystyczne brzmienie zawdzięcza on... metalowej płytce umieszczonej pod przetwornikiem single-coil umieszczonym przy mostku.* W artykule tym postaram się przybliżyć funkcje, które spełnia ów kawałek metalu i porównać kilka z materiałów wykorzystywanych do jego wykonania.
Na zdjęciu, choć małym, można dostrzec głównego bohatera artykułu (płytka w kolorze miedzi, pod czarną osłonką) 

Płyta bazowa przetwornika przy mostku może spełniać trzy funkcje, które teraz kolejno objaśnię:

Funkcja ferromagnetyczna

Leo Fender w pierwszych egzemplarzach modelu Telecaster używał stalowej płytki pokrytej miedzią, aby ustabilizować i zwiększyć siłę magnetyczną przetworników z magnesem Alnico 3, których sygnał był dość słaby. Stalowa płytka o silnych właściwościach ferromagnetycznych zwiększa indukcyjność cewki, działa to trochę tak, jakbyśmy zwiększyli ilość zwojów w cewce.

Płyta bazowa wykonana ze stali przenosi też poprzez śruby i metalową pokrywę mostka wibracje korpusu gitary i przekazuje ich część do przetwornika dając typowe brzęczące brzmienie Telecastera. Efektem ubocznym jest efekt mikrofonowy, czyli wysoki pisk przy
wyższych poziomach głośności.

Funkcja elektrodynamiczna

Płytki bazowe wykonane ze stali, miedzi, mosiądzu i aluminium powodują powstanie prądów interferencyjnych, które przesuwają charakterystykę akustyczną rezonansu w kierunku tonów niskich, co daje przyjemniejszy, cieplejszy dźwięk, w szczególności w pozycji przy mostku. Jeśli nie odpowiada Ci brzmienie Twojego przetwornika, a nie chcesz zmieniać indukcyjności cewki i siły elektrodynamicznej magnesów, spróbuj zastosować aluminiowe lub mosiężne płytki w celu zmiany charakterystyki brzmienia swojego przetwornika. Tego typu płytki mogą być bardzo efektywne w przystawkach single-coil z mangesami Alnico, ale na wielu innych projektach przetworników mogą dać koszmarne efekty.

Dodatkowe ekranowanie

Wszystki płytki wykonane z metalu zapewniają dodatkowe ekranowanie, które jest niezbędne w przypadku gitar z przetwornikami single-coil. Ograniczają one charakterystyczny brum (choć nie pozbędziemy się go do zera), towarzyszący wszystkim tego typu przystawkom.

Na tym zdjęciu doskonale widać, że płytka (stalowa, pokryta miedzią) jest podłączona do masy. 



Bardzo ważnym czynnikiem, od którego zależą końcowe efekty jest grubość płytki. Jeśli będzie ona zbyt cienka, wymienione funkcje będą miały bardzo mały wpływ na brzmienie. Jeżeli płytka będzie z kolei zbyt gruba, przystawka może stracić wyrazistość brzmienia. Najlepsze efekty można uzyskać stosując płytki o grubości od 1/32” (cala) do 1/16”. Należy też upewnić się, że płytka jest solidnie przymocowana do przetwornika (ze względu na wspomniane już przenoszenie rezonansu).


Na koniec krótkie porównanie materiałów:

Stalowe płyty bazowe (również te pokryte miedzią), pełnią wszystkie wymienione powyżej funkcje.

Mosiądz, miedź i aluminium spełniają tylko funkcję dodatkowego ekranowania i funkcję elektrodynamiczną (nie spełniają funkcji ferromagnetycznej, ponieważ są to paramagnetyki i diamagnetyki).

Płytki ze stopu stali nierdzewnej pełnią jedynie funkcję ekranującą.

*Nie jest to oczywiście jedyny sekret brzmienia, ale to głównie dzięki tej płytce zawdzięczamy charakterystyczne "brzęczenie" ;) 

19 maj 2011

Jak przerobić gitarę akustyczną na elektroakustyczną? (Bez dewastowania jej! ;))

W dzisiejszym krótkim poradniku DIY pokażę jak w prosty sposób zmienić gitarę akustyczną w elektroakustyczną. Będziemy do tego potrzebowali gumowej zaślepki na otwór rezonansowy, przetwornika gitarowego, wtyku duży jack (6,3mm) mono oraz kabla ekranowanego (długość ok. 3m, nie powinno przekraczać 6 metrów). Potrzebne będą również narzędzia: ostry nóż z cienkim ostrzem (najlepiej nożyk do tapet), wiertarka (lub ostry przedmiot którym uda nam się zrobić dziurę w dość grubej gumie ;)) oraz lutownica i podkładka na stół.
Kładziemy zaślepkę stroną, która znalazłaby się wewnątrz pudła do góry i rysujemy linie (drapiąc gumę ostrym nożem lub końcówką długopisu) wzdłuż wycięć, które znajdują się po drugiej stronie. Pomogą nam one równo zamontować nasz przetwornik. Po narysowaniu linii ustawiamy przetwornik jak najbliżej środka uważając by był on umieszczony prostopadle do linii pomocniczych. „Odrysowujemy” kontur przetwornika znów drapiąc ostrym przedmiotem powierzchnię gumy (użyjcie siły, niech to będą naprawdę wyraźne linie!).


Po odrysowaniu konturów przetwornika musimy wyciąć otwór, tak aby część przetwornika z metalowymi bolcami (nabiegunnikami) wystawała ponad zaślepkę, a „skrzydełka”, które służą do przykręcenia przetwornika do maskownicy pozostawały po wewnętrznej stronie. Najłatwiej to zrobić wbijając nóż w gumę tak, by przebił ją na wylot i naciskając na niego tak, by przecinał gumę wzdłuż narysowanego wcześniej szablonu. Wycinamy najpierw prostokątny otwór a potem zaokrąglone końce przystawki single-coil (w przypadku humbuckerów może być nieco prościej ponieważ są prostokątne, bez dużych zaokrągleń na końcach). Przymierzamy teraz nasz przetwornik do wyciętego otworu, jeśli otwór jest zbyt mały powiększamy go ostrożnie nożykiem. Teraz musimy być naprawdę precyzyjni, bo przystawka powinna wchodzić z lekkim oporem, „na wcisk”.

 


Następnie należy wykonać otwór, przez który będzie wychodził kabel. Powinien on znajdować się jak najbliżej środka otworku, tuż przy jego dolnej krawędzi. Dzięki temu przewód nie będzie przeszkadzał nam w grze.
 
Teraz musimy przylutować przewód do przetwornika. Najpierw musimy połączyć ekrany, czyli miedziane druciki oplatające izolowaną żyłę znajdującą się w środku. Następnie lutujemy ze sobą pozostałe przewody (w tym przypadku na lutowane kable należy założyć koszulkę termokurczliwą lub owinąć je taśmą izolacyjną). Na połączone w ten sposób kabelki najlepiej założyć koszulkę termokurczliwą, która poprawi walory estetyczne projektu ;)

Wkładamy przetwornik w otwór w gumowej zaślepce i przekładamy wolny koniec kabla przez dziurę, którą wcześniej wykonaliśmy. Musimy teraz przylutować wtyczkę. Odkręcamy metalową (lub plastikową) osłonkę i zakładamy ją na kabel. Ekran przewodu lutujemy do podłużnej blaszki z zaciskami, a kabel sygnałowy do blaszki, która jest przymocowana do środka bolca. Przykręcamy osłonkę do wtyku i po sprawdzeniu, czy nie porobiliśmy zwarć możemy testować nasze dzieło na wzmacniaczu gitarowym :)

30 gru 2010

Jak wybrać gitarę?

W życiu początkującego gitarzysty zawsze zdarza się chwila, w której pragnie on kupić własny instrument. Często sprawa ta staje się sporym problemem, ciężko jest zdecydować się na ten jedyny model, spośród tysięcy dostępnych na rynku. Przedstawiam więc kilka podstawowych wskazówek, które mam nadzieję pomogą podjąć tę jakże ważną decyzję.

Podstawowym kryterium przy wyborze gitary jest jej typ. Gitary możemy podzielić na kilka podstawowych rodzajów: akustyczna, klasyczna i elektryczna. Jednak każdy z tych rodzajów ma swoje wady i zalety. Postaram się opisać te najważniejsze dla początkujących oraz wskazać modele dobre na początek przygody z gitarą.

Gitara klasyczna
Jest to gitara o najprostszej budowie, przez co jest stosunkowo tania. Solidną, dobrze brzmiącą gitarę klasyczną można kupić już za około 300zł. Jej zaletą jest piękne, delikatne brzmienie. W gitarach klasycznych montowane są nylonowe struny, które są znacznie bardziej przyjazne dla miękkich palców początkującego gitarzysty ;) Do wad należy niska głośność, przez co gitara ta nie nadaje się na ogniska lub występy w głośnych pomieszczeniach ze złym nagłośnieniem. Jest to też gitara mało uniwersalna, wykonuje się na niej głównie solowe aranżacje utworów oraz kolędy, głównie przez jej miękkie, mało wyraziste brzmienie. Z tego względu jest to raczej słaby wybór, jeśli ma to być nasza pierwsza, jedyna gitara.

Polecane modele:
Hohner HC-06, Hohner HC-03, Admira Paloma

UWAGA!!! Wystrzegać się wszelkich kolorowych wyrobów gitaropodobnych sprzedawanych na Allegro za nieco ponad stówkę! Równie dobrze możecie tą stówkę spalić, taka "gitara" i tak zwykle nie dociera pocztą w jednym kawałku.

Gitara akustyczna
W przypadku tego typu gitar wydatki zaczynają się od ok. 500zł. W zamian za to dostajemy bardzo uniwersalną gitarę, idealną na ogniska, domowe ćwiczenia oraz wszelkie inne okazje. Jest to typ gitary, na której możemy grać praktycznie wszystkie rodzaje muzyki (oprócz różnych odmian metalu, które ze względu na brzmienie i tempo nie mają racji bytu na gitarze akustycznej). Jest to bardzo głośny rodzaj gitar, co może być zarówno zaletą, gdy chcemy grać przy większej publice, oraz wadą gdy nie chcemy nikomu przeszkadzać swoimi ćwiczeniami. Wadę tę można jednak zniwelować kupując gumową zaślepkę na otwór rezonansowy. Warto też pomyśleć o zakupie gitary elektroakustycznej, czyli gitary akustycznej z wbudowaną elektroniką: przedwzmacniaczem i przetwornikiem. Taki typ gitary umożliwi nam łatwy zapis swoich ćwiczeń i wszelkich pomysłów, jest też znakomitym ułatwieniem, jeśli chcemy grać w przyszłości większe występy. Wadą gitary akustycznej są jej dość duże wymiary, które mogą sprawiać kłopot przy transporcie. Grube, metalowe struny oraz dość wysoka akcja mogą też być sporą przeszkodą dla początkujących gitarzystów, do płynnej gry potrzeba naprawdę dużej siły i wytrzymałości palców.

Polecane: Yamaha F310, Takamine G220, Epiphone AJ100, Samick Kensington D3

Gitara elektryczna
Jeśli chcemy grać mocne, rockowe lub metalowe kawałki, musimy kupić gitarę elektryczną. Jest to najbardziej uniwersalny typ gitary, możemy na niej grać dosłownie wszystko, od muzyki kościelnej po black metal z wnętrza piekieł ;) Niestety, wiąże się to z ogromnymi wydatkami. Porządny sprzęt, który będzie służył nam przez lata kupimy za około 1000zł. Niestety i ta suma może nie wystarczyć na nasz wymarzony model. Do tego dochodzi mnóstwo kosztów związanych z dodatkowym osprzętem potrzebnym do właściwego wykorzystania możliwości „elektryka”. Wzmacniacz, efekty, okablowanie i wszystkie inne gadżety bez których posiadanie gitary elektrycznej po prostu nie ma sensu, to kosmiczny wydatek. Na szczęście możemy go rozłożyć stopniowo i co jakiś czas dokupować jakieś nowe zabawki ;) Obecnie istnieją też alternatywy dla miliona drogich efektów w postaci cyfrowych multiefektów lub wzmacniaczy z wbudowanymi efektami. Wciąż są to jednak ogromne wydatki w porównaniu z gitarą akustyczną lub klasyczną. Jeśli zdecydujemy się na gitarę elektryczną, będziemy mieli bardzo uniwersalny sprzęt, który wymaga jednak dostępu do prądu, co dyskwalifikuje go w niektórych sytuacjach. Gitary elektryczne są też bardzo ciężkie, co przy grze na stojąco może mieć bardzo zły wpływ na kręgosłup dziecka. W przypadku gitary elektrycznej bardzo dużym problemem może być też wybór konkretnego modelu, z powodu ogromnej różnorodności.

Polecane: Squier seria Affinity, Samick AV3, Cort X2, Epiphone G400, Epiphone LP100,

Nowa czy używana?
Ważną sprawą przy kupnie gitary są też jej koszty. Dlatego warto rozważyć kupno gitary używanej. Możemy przy tym skorzystać z serwisów aukcyjnych, for internetowych, lub po prostu poszukać okazji wśród znajomych gitarzystów  Przy kupnie gitary używanej musimy jednak bardzo uważać, najlepiej skonsultować to zawsze z innym, doświadczonym gitarzystą, nie możemy też kupować w ciemno, nie oglądając dokładnych zdjęć instrumentu. Niestety czasem żadne zdjęcie nie ukaże ukrytej wady jak wypaczony gryf. Najlepiej jeżeli przed zakupem będziemy mogli przetestować gitarę z osobą o większym doświadczeniu. Wadą tej opcji jest to, że nie możemy się zżyć z gitarą używaną w takim stopniu jak z nową gitarą prosto z salonu.

Jaki wybrać model?
To może być bardzo trudna kwestia. Każda gitara różni się wyglądem, brzmieniem, możliwościami i oczywiście ceną. W przypadku gitary elektrycznej powinniśmy wybrać podobny kształt do gitary używanej przez naszego idola. W przypadku pozostałych rodzajów gitar sprawa jest nieco prostsza. Najłatwiej jest zdecydować się na konkretny model udając się do pobliskiego sklepu muzycznego. Być może znajdzie się tam model, w którym po prostu zakochamy się od pierwszego wejrzenia ;) W przeciwnym wypadku powinniśmy poprosić o radę sprzedawcę. Po wybraniu kilku modeli musimy zwrócić uwagę na brzmienie, wygodę gry oraz wygląd. Jest to dość ważna kwestia, bo na gitarze która nam się podoba, będziemy o wiele chętniej ćwiczyć 

Sklepy stacjonarne czy internetowe?
Kupując w sklepach internetowych mamy szansę zaoszczędzić nawet kilkaset złotych. Ryzykujemy jednak, że gitara ulegnie uszkodzeniu podczas transportu, lub że trafimy na jakiś wybrakowany egzemplarz. Jest to szczególnie ryzykowne, gdy nigdy nie słyszeliśmy danego modelu gitary i nie mamy pojęcia jakie jest jego brzmienie, możemy się po prostu ogromnie rozczarować. Warto jest choćby obejrzeć podobny model w sklepie muzycznym i dopiero później zdecydować się na kupno przez internet.

Zestawy dla początkujących
Buszując po sklepach internetowych lub krążąc po sklepach muzycznych na pewno natkniemy się na specjalne "zestawy dla początkujących". Nie dajmy się na to nabrać. Gitary oferowane w takich zestawach zwykle do niczego się nie nadają, a oferowane dodatki są bardzo słabej jakości i są zwykle równie bezużyteczne. Lepiej za tę samą cenę kupić solidniejszą gitarę i dokupować akcesoria w miarę potrzeb. Na dobrą sprawę do gitary akustycznej na początek wystarczy kilka kostek różnej grubości a do elektrycznej wzmacniacz i pasek.

Jako podsumowanie kilka najważniejszych porad przed zakupem:
1. Uwaga na tanie, chińskie gitarki bez nazwy.
2. Zestawy dla początkujących = strata kasy.
3. Przed zakupem należy obejrzeć gitarę i sprawdzić wygodę gry i brzmienie.
4. Warto wybrać się do sklepu z kimś bardziej doświadczonym.
5. Zakupy w sklepach internetowych to ostateczność.

8 gru 2010

30. rocznica śmierci Johna Lennona

To już 30 lat minęło od chwili, gdy ten legendarny artysta został zastrzelony przed swoim domem. Jeśli nigdy nie słyszałeś takich utworów jak "Imagine", "Instant Karma", czy "Stand By Me" to czas nadrobić zaległości!

Recenzja płyty Michael Jackson - Michael

Od czasu śmierci Króla Popu minęło już trochę czasu. Wytwórnie płytowe nie przestają jednak wykorzystywać jego popularności do zbijania fortuny na kolejnych gadżetach z wizerunkiem Michaela. Teraz zdecydowano się jednak pójść o krok dalej - wydano płytę z materiałami zarejestrowanymi w czasie życia artysty. Zawsze jestem bardzo przeciwny tego typu działaniom, tak jest i tym razem. Dlaczego? Zapraszam do dalszej lektury ;)

Płyta została ukazana w całości przedpremierowo na stronie profilu Michaela na FaceBooku. Dlatego nie mogę z czystym sumieniem opisywać wrażeń dźwiękowych, choć muszę przyznać, że jakość dźwięku sprawia całkiem dobre wrażenie już na tym etapie. Na oryginalnej płycie CD będzie z pewnością o wiele lepiej.

Płyta zaczyna się duetem z Akonem - "Hold My Hand". Fani zapewne znają tę piosenkę już od paru lat, ponieważ wyciekła ona w swej ówczesnej postaci do sieci ;)Pomimo tego, iż to chyba najbardziej chwytliwy utwór z całej płyty i tu mam parę uwag. Nie wiem czemu głos Akona tak bardzo kryje głos Michaela w refrenie i całej części utworu po pierwszej zwrotce Michaela, niezbyt mi się podoba to połączenie, choć sama piosenka naprawdę wpada w ucho.

Dalej następuje seria trzech w każdym aspekcie przeciętnych utworów, czyli: "Hollywood Tonight", "Keep Your Head Up" i "(I Like) The Way You Love Me". Przy czym zaznaczyć należy, że ten ostatni utwór to koszmarny gniot nie tylko biorąc pod uwagę wysokie standardy MJ'a, ale całego dzisiejszego rynku muzycznego. Pozostałe utwory są nawet znośne, w każdym można doszukać się jakichś pozytywnych aspektów, lecz w każdym brakuje tego "wykopu" który towarzyszył wszystkim hitom Jacksona.

Po tej chwili nudy otrzymujemy całkiem ciekawy "kąsek" jakim jest utwór Monster nagrany z 50 Centem. Chwytliwy refren, świetny rytm i genialny wokal Michaela. Tego właśnie oczekiwałem po utworach jakie miały znaleźć się na tej płycie. Dodatkowo mamy rapowaną zwrotkę od 50 Centa, która zdecydowanie urozmaica utwór.

Tu znów następuje przerywnik na totalną porażkę, jaką jest utwór "Best Of Joy". Co tu pisać, przykro mi, że usłyszałem tę piosenkę...

Kolejny utwór to "Breaking News" o którym było głośno już w chwili ukazania się krótkiego teasera teledysku. Krążą pogłoski, że to wcale nie jest głos Michaela i momentami rzeczywiście można odnieść takie wrażenie. Sama piosenka, lansowana na hit, jest raczej przeciętna nawet na tle tego albumu. Mało ciekawy beat i trochę zbyt monotonny refren. Na uwagę zasługuje tekst piosenki opisujący uczucia Michaela na temat informacji umieszczanych o nim w mass-mediach.

"(I Can't Make It) Another Day" to utwór o najcięższym brzmieniu na tej płycie. Zawdzięczamy go perkusji Dave'a Grohl'a oraz wokalowi i gitarze Lenny'ego Kravitz'a. W tym utworze również brakuje iskry geniuszu Jacksona, refren jest całkiem niezły ale w zwrotkach niestety brakuje jakiegoś porywającego riffu na gitarze jak w "Black & White" i wielu innych utworach MJ'a.

Oklaski i krzyki widowni oraz solo na saksofonie wprowadzają nas do kolejnego utworu - "Behind the Mask". To moim zdaniem jeden z mocniejszych punktów tego albumu. Irytują mnie zdecydowanie zbyt głośne chórki "piszczane" przez Michaela w refrenie. Więcej zarzutów do tej piosenki nie mam ;) Świetnie wypadają natomiast fragmenty śpiewane przez syntezator, dają tej piosence specyficzny klimat złotej ery muzyki pop :) Saksofon pojawiający się ponownie w dalszej części utworu jest właśnie takim charakterystycznym elementem, którego brakowało mi w pozostałych piosenkach. Nie pozwala się nudzić, urozmaica całą kompozycję. Zdecydowanie utwór godny uwagi.

Album zamyka spokojna ballada "Much Too Soon". Michael śpiewa tu delikatnie do akompaniamentu instrumentów smyczkowych, gitary klasycznej, akordeonu i harmonijki ustnej. Nie mam absolutnie żadnycg uwag krtyczynych do tej krótkiej ballady. Jest to wymarzone zamknięcie albumu muzycznego. Pojawia się nawet krótkie, ale zarazem bardzo harmonijne solo na gitarze klasycznej. Cudowna atmosfera w jaką wprowadza ciepłe brzmienie instrumentów i spokojny głos Jacksona to pierwszy cios w serce słuchaczy. Drugim ciosem, który zdecydowanie zasmuci wszystkich fanów Michaela są słowa zaśpiewane a capella "I guess I learned my lesson much too soon." które w dobitny sposób przypominają nam o śmierci Króla Popu i pozostawiają nas z ciszą, która towarzyszy końcowi płyty... oraz z dziwnym poczuciem niesmaku.

Cały album trwa około 42 minut, lecz gdyby zostawić jedynie fragmenty choć troszkę godne uwagi, to z trudem otrzymalibyśmy kwadrans porządnej muzyki. Większość utworów zaprezentowanych na płycie "Michael" jest naprawdę słaba. Po tego typu płycie oczekiwałbym godnego materiału, który w doskonały sposób podsumowałby i zakończył dorobek artystyczny doskonałego artysty jakim był Michael Jackson. Niestety jest zupełnie inaczej. Tłumy ludzi, którzy zapłacą niemałą sumę pieniędzy za najnowszy album sygnowany nazwiskiem Michaela Jacksona (podkreślam to, ponieważ jestem pewien, że MJ nie dopuściłby do ukazania się tak słabego materiału podpisanego jego nazwiskiem) mają prawo czuć się zawiedzione po wysłuchaniu przygotowanych dla nich utworów. Niestety, album "Michael" to zdecydowanie plama w biografii artysty. W ogólnych kryteriach ocena jaką wystawiłbym tej płycie to 6/10, lecz w standardach Jacksona ten album zasługuje najwyżej na 2/10, za klimatyczne zakończenie.

10 wrz 2010

Test odtwarzacza Vedia V39

Wstęp
Wiem, że sporo czasu minęło już od premiery odtwarzacza VEDIA V39, niemniej uważam że każda zamieszczona na blogu recenzja jest wartościowa ponieważ ktoś zainteresowany danym odtwarzaczem będzie mógł przeczytać o nim jakieś materiały. Poza tym V39 wciąż jest poszukiwana ze względu na swoje znakomite brzmienie. Dlatego w wakacyjnym przypływie wolnego czasu postanowiłem spisać recenzję tego odtwarzacza. Odtwarzacz mam już od dość długiego czasu więc zdążyłem poznać wszystkie jego mocne i słabe strony.


Wygląd i zawartość pudełka
Odtwarzacz dostajemy zapakowany w eleganckie czarne, kartonowe pudełko z białymi wzorami i grafiką przedstawiającą odtwarzacz. Po wyjęciu środkowej części i rozłożeniu jej ukazuje się bohater główny recenzji, czyli V39. Jest on umieszczony w zagłębieniu w styropianie skąd dość ciężko go wyjąć, ale za to jest dobrze chroniony przed uszkodzeniami w transporcie. W drugiej przegródce znajduje się cały komplet akcesoriów dołączanych wraz z V39, mianowicie:
-słuchawki
-zamszowe etui
-skórzana smycz na szyję
-rysik
-kabel USB
-kabel line-in
-szmatka do ekranu
-ładowarka sieciowa
-płyta ze sterownikami
-instrukcja i karta gwarancyjna.
Jak widać zestaw akcesoriów jest naprawdę bogaty, niewiele odtwarzaczy może się poszczycić bogatszą zawartością pudełka. Bardzo cieszy, że cena za tak bogaty pakiet jest wciąż konkurencyjna do głównych rywali z tego segmentu produktów. Mam jednak pewne zastrzeżenia co do wykonania etui na odtwarzacz. Używam go codziennie od kilku miesięcy i niestety wewnętrzna, biała warstwa zaczęła się mocno brudzić i odklejać od czarnego „zamszu” a brzegi strzępią się. Na szczęście futerał spełnia swoje zadanie i chroni odtwarzacz przed rysami i uszkodzeniem ekranu.


Wygląd odtwarzacza i jakość wykonania
V39 jest dość mały, przód jest zbudowany z czarnego, matowego plastiku. Plastik w dotyku nie sprawia solidnego wrażenia ale jest dość odporny na zarysowania. Niestety zauważyłem, że po kilku miesiącach mój odtwarzacz zaczął blaknąć :( Z przodu odtwarzacza po lewej stronie znajduje się głośnik mono o dość dużej głośności (dla niektórych spora wada ;)). Po prawej stronie znajduje się czerwona, kwadratowa dioda LED. Włącza się ona przy każdym uruchomieniu odtwarzacza. Później mruga sobie bezcelowo co ustawioną liczbę sekund (na szczęście można ją wyłączyć). Tył odtwarzacza wykonany jest z błyszczącego, cieniutkiego metalu bardzo podatnego na zarysowania. Bardzo denerwujące jest to, że tył działa jak lustro i tak samo widać na nim odciski palców. Z boku w wycięciach w metalowej części są umieszczone: gniazdo słuchawkowe (pełniące też rolę line-in), miejsce na smycz lub rysik, gniazdo USB, przycisk reset i mikrofon. Na górze znajduje się przycisk ON/OFF i służący zarazem do blokowania ekranu dotykowego. Jedyne zastrzeżenia co do wykonania odtwarzacza należą się za spaprane firmowo gniazdko słuchawkowe. Najwidoczniej maszynki oszczędnie rozdysponowywały spoiwo lutownicze, ponieważ po pewnym czasie większość użytkowników V39 ma problem z przerywaniem gniazdka i niestety musi radzić sobie z tym na własną rękę (lutownica w dłoń i poprawianie punktów lutowniczych, ja też już przeszedłem ten zabieg, polecam bo kłopoty znikają jak ręką odjął).


Co siedzi w środku?
Sercem odtwarzacza jest procesor Telechips. Znakomite brzmienie zapewnia kodek audio Wolfson. Na pokładzie znajduje się też pamięć Samsunga oraz bateria 1000mAH. Bateria trzyma długo, zgodnie z instrukcją jest to ok. 30h dla audio i 4h dla wideo.


Wyświetlacz dotykowy
W tym akapicie zajmę się opisem tego co najbardziej wszystkich w V39 denerwuje – ekranu dotykowego. Sam wyświetlacz nie powala jakością, kolory są odwzorowywane ze średnią dokładnością a w słońcu nie widać praktycznie nic, nawet na najbardziej prądożernych ustawieniach. Na średniej wielkości 2,6” wyświetlaczu został też umieszczony panel przycisków dodatkowych. Są to kolejno: zwiększanie i zmniejszanie głośności, menu główne, notatka, dyktafon. Wyświetlacz dotykowy jest dość precyzyjny, można go obsługiwać palcem ale wybór niektórych opcji jest bardzo utrudniony (np. powtarzanie A-B), żeby wybrać jakąś opcję na wyświetlaczu musimy nacisnąć z dość dużą siłą. Sprawia to czasem trochę kłopotu np. przy przesuwaniu zdjęć w powiększeniu. Na koniec muszę dodać, że jest to mój pierwszy sprzęt z dotykowym ekranem i przyznaję, że myślałem iż obsługa go będzie znacznie bardziej utrudniona. Niemniej sprzęt Vedii pozytywnie mnie zaskoczył. Co prawda nie ma szans na obsługę w kieszeni ale odtwarzacz nie jest bardzo dokuczliwy w obsłudze.


Muzyka
Odtwarzacz obsługuje następujące formaty plików muzycznych: mp3, flac, ape, ogg, aac. Oprócz tego obsługuje on IdTagi w wersji z obsługą okładek. Warto dodać, że aby tagi były poprawnie wyświetlane z okładkami to muszą być zapisane z kodowaniem Unicode. Na ekranie odtwarzania widzimy informacje o piosence na ruchomym pasku oraz folder w którym jest piosenka. Cały czas widzimy zegarek na górnym pasku oraz stan baterii. W lewym górnym rogu jest wyświetlany album-art lub logo VEDIA. Po środku jest niezbyt wyraźny analizator widma. Po kliknięciu w wolne miejsce ekranu ukazuje się pasek menu i przewijania utworu. Z dostępnych opcji mamy tu: dodawanie utworu do playlisty, wczytanie playlisty, zapis i wczytywanie zakładek do audio (znakomite do audiobooków!) i przeglądanie plików. W opcjach odtwarzania mamy do wyboru: sposób odtwarzania (wszystkie utwory[niestety opcja nie działa, odtwarzany jest tylko jeden folder], playlista, jeden utwór, jeden folder, losowo, powtórz[z błędem literowym w menu], teksty .lrc[funkcja karaoke], ID3 tagi). Z dostępnych ulepszaczy dźwięku mamy: dwa user EQ, rbs, normal, rock, jazz, classic, pop, efekty RBS, Stone-3D oraz Stone EQ, który jest świetnym narzędziem. Piosenkę przewija się klikając w wybrane miejsce na pasku postępu. Funkcję A-B włącza się okrutnie małym prostokącikiem na górze ekranu.


Brzmienie
Największa zaleta odtwarzacza Vedia V39 to jego walory dźwiękowe. Ten maleńki odtwarzacz dysponuje bardzo dużą mocą wyjściową, dzięki czemu może napędzać duże, nauszne słuchawki bez zewnętrznego wzmacniacza. Jego brzmienie jest bardzo zrównoważone, nieco wybijają się niskie tony, co akurat bardzo mi odpowiada ;) Wysokie tony są łagodne, nie kłują w uszy, akcenty w utworach są więc dobrze słyszalne i nie irytują przy odsłuchu. Średnie tony są mocno wyeksponowane i bardzo dobrze podkreślone basem przez co najważniejsze partie utworów, czyli wokal, gitary i perkusja brzmią doskonale. Jednocześnie słuchając muzyki na V39 mamy wrażenie przestrzeni. Dźwięk jest tak czysty i dynamiczny jakbyśmy słuchali muzyki wykonywanej w studio :)


Filmy
Odtwarzanie filmów to najsłabsza strona V39. Obsługiwany jest jedynie format avi po konwersji do rozdzielczości 320x240 @ 30fps. Filmy odtwarzane są płynnie, nie ma zwiech, lecz na małym ekranie średniawej jakości niewiele widać. Bateria też nie wytrzyma zbyt długiego seansu dlatego uważam, że możliwość odtwarzania filmów to w tym odtwarzaczu tylko ciekawy dodatek.

Zdjęcia
VEDIA V39 odczytuje następujące formaty plików graficznych: bmp, jpeg, gif(także animowany). Zdjęcia prezentują się dobrze niestety mały wyświetlacz nie umila ich przeglądania. Zdjęcia możemy obracać i powiększać (2x). Bardzo fajnie przegląda się paseczki z Garfieldem. Po powiększeniu mieszczą się na szerokość idealnie w ekranie i wystarczy przesuwać je palcem.

E-Book
V39 umożliwia obsługę plików tekstowych w kodowaniu Unicode. E-książki mają polskie znaki, nie ma z nimi żadnych problemów. Obsługa e-booków jest bardzo rozbudowana, możemy ustawić automatyczne przewijanie tekstu z określonym odstępem czasu, ustawiać własne tło, zapisywać zakładki oraz ustawiać wybraną stronę (jest licznik odpowiadający ilości ekranów [jeszcze nie przeliczyłem ile ekranów składa się na jedną stronę A4 ;)]).

Nagrywanie dźwięków
Dyktafon w V39 to potężne narzędzie, w odróżnieniu od innych playerowych „dyktafoników”. Już sam wbudowany mikrofon nagrywa w znośnej jakości, a do tego dysponujemy wejściem line-in. Dzięki temu możemy podłączyć dowolny mikrofon stereo i zacząć nagrywanie otoczenia. V39 nagrywa w bardzo dobrej jakości jak niektóre dyktafony cyfrowe. Możemy też nagrywać z dowolnego innego źródła dźwięku. Możemy na przykład podłączyć walkmana i przegrać swoją ulubioną taśmę (próbowałem nawet nagrać moje ćwiczenia na gitarze elektrycznej bez wzmacniacza i o dziwo udało się całkiem dobrze!). Poza tym możemy wybierać stopień wzmocnienia oraz funkcję VAD (gdy dyktafon wyłapie ciszę kończy aktualne nagranie i zaczyna nagrywać w nowym pliku). Dodatkowo możemy nagrywać audycje radiowe. Wszystkie nagrania zapisywane są w formacie mp3 z maksymalną jakością 192 kbps. Za możliwości w zakresie nagrywania dźwięku V39 dostaje u mnie 6+ (w sześciostopniowej skali ;)).

Radio
Radio odbiera całkiem przyzwoicie. Nie ma problemów z wyłapywaniem stereo. Nie gubi stacji przy podróżach po mieście. Dodatkowymi ciekawostkami są: ustawianie czułości przy auto-szukaniu oraz możliwość przełączenia się na pasmo używane w Japonii (76 – 89 MHz). Możemy też ustawić co ile zmieniamy częstotliwość manualnie (100 – 300 kHz). Stacje radiowe brzmią dobrze, a funkcja automatycznego wyszukiwania działa znakomicie.


Inne funkcje
Z innych funkcji warto wymienić manager plików (pokazuje wszystkie pliki w pamięci odtwarzacza (nawet te nie odczytywane) i pozwala na ich usunięcie, notatnik (rysujemy literki i składamy z nich wyrazy – cholernie niewygodne), kalendarz, stoper (ma nawet możliwość zapisania 10 międzyczasów), oraz gry o bardzo egzotycznych nazwach LianLianKan (czyszczenie planszy z identycznych smile'ów) oraz WuZiLianZhu (ułóż 5 kropek w rzędzie, bardzo fajne można grać z komputerem na różnych poziomach trudności bądź z żywym przeciwnikiem). Należy dodać iż możemy zmieniać wygląd menu naszej V39 w prosty sposób wczytując nowy firmware co należy zaliczyć na plus.


Firmware 1.30
Nowa wersja fw (nie publikowana przez Vedię, jest tylko wersja Teclasta) wprowadza dwie nowe funkcjonalności: rysowanie po ekranie (możemy zmieniać kolor i grubość kreski) oraz chińskie szachy (do tej pory nie rozkminiłem reguł tej gry a nie miałem jakoś ochoty szukać tego po necie). Niestety w nowym oprogramowaniu występuje błąd który według mnie dyskwalifikuje tą wersję. Po każdej polskiej literze (w nazwach plików, folderów, e-bookach) dodawana jest jedna spacja gratis (np. Pó ź no) co bardzo uprzykrza korzystanie z odtwarzacza. {dostałem cynk, że inna osoba nie miała z tym problemu więc może dam drugą szansę wersji 1.30} Istnieje możliwość downgrade'u oprogramowania dzięki czemu możemy poeksperymentować.

Zakończenie
VEDIA V39 jest odtwarzaczem o ogromnych możliwościach, bardzo dobrym brzmieniu i świetnym stosunku ceny do jakości. Zestaw akcesoriów jest imponujący (niektórzy producenci nie dodają nawet ładowarki sieciowej!). Dlatego uważam, że ten odtwarzacz jeszcze długo będzie atrakcyjną propozycją jeśli ktoś nie szuka odtwarzacza z bajerami jak WiFi, Bluetooth, czy zaawansowana obsługa wideo.