20 sie 2011

Recenzja płyty Lady Pank - Maraton


Fani Lady Pank czekali na nowy album zespołu całe pięć lat. Gdy w końcówce 2010 roku zapowiedziany został nowy album emocje wśród fanów sięgnęły zenitu. Media dodatkowo „nakręcały” zniecierpliwionych fanów reklamując płytę hasłami typu „powrót do korzeni”, „esencja stylu Lady Pank”, „balangowe klimaty rodem z pierwszej płyty zespołu”. Po ukazaniu się pierwszego singla – „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą” zdania były podzielone. Większość fanów pozostawała sceptyczna co do najnowszego dzieła jednego z najpopularniejszych polskich zespołów. Czy warto było czekać? Odpowiedź znajdziecie w tej recenzji.

Album „Maraton” zespołu Lady Pank trafił do sklepów 20 czerwca 2011 roku i szturmem zdobył listy sprzedaży, szybko osiągając status złotej płyty. Otwiera go piosenka „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą” z tekstem autorstwa Andrzeja Mogielnickiego. Była ona pierwszym singlem emitowanym w radio. Utwór doczekał się też animowanego teledysku w reżyserii Darii Kopiec. „Dziewczyny…” to energiczna piosenka o prostym tekście, dotyczącym zachowania dziewczyn w dzisiejszych czasach. Utwór promowany jest jako flagowa piosenka nowej płyty. Nie jestem pewien czy słusznie. Jest on co prawda bardzo żywiołowy, wyróżnia się tym na tle pozostałych piosenek, lecz jego prostota może dać mylne wrażenie o reszcie piosenek na płycie, które są zupełnie odmienne. Kolejna piosenka – „Utracona miłość w nas” jest tego dobrym przykładem.  Otwiera ją bardzo ciekawy motyw gitarowy („Dziewczyny…” otwiera wykrzyczany refren), po czym przechodzi on w równie ciekawą sekcję rytmiczną Jana Borysewicza, który znów zaskakuje zupełnie nowym brzmieniem gitary. Kompozycja jest okraszona prostą, ale świetnie brzmiącą partią solową Borysewicza. „Mój świat bez Ciebie” jest  typowym utworem do zmiękczania dziewczyn na koncertach (czy panowie z Lady Pank nie są zbyt starzy na takie numery? ;)) w stylu „Zawsze tam gdzie Ty”, z chwytliwym refrenem i delikatnym brzmieniem gitary. Riff na naturalnych harmonicznych przed solówką, to arcydzieło. Choć nie rzuca się w uszy, to jest genialnym elementem całej piosenki. Sama solówka tak jak w poprzednim numerze nie ma powalić gitarzystów na kolana – jest po prostu zabójczo melodyjna. „Zwykła prowokacja” otwierana jest przez efektowne wejście perkusji, sama piosenka jest jedną z moich ulubionych z tej płyty, ciekawa melodia i tekst oraz świetna solówka Borysewicza sprawiają, że chce się jej słuchać na okrągło. „Z dachu” to drugi singiel, który trafił do rozgłośni radiowych na początku wakacji.  Otwiera go prosty, ale interesujący motyw gitarowy, który świetnie ustawia klimat całej piosenki. Niestety, znakomity tekst w zwrotkach jest kompletnie zrujnowany kretyńskim wręcz refrenem „Z dachu dla jaj oglądaj kraj”… Ręce opadają, kiedy tak świetnie zapowiadająca się piosenka zostaje zdewastowana refrenem. Choć jego atutem niewątpliwie jest to, że jest prosty do zapamiętania i może dlatego utwór został wybrany jako singiel (również, moim zdaniem, niesłusznie).  „Swojski chaos” otwierany jest charakterystycznym riffem na basie, słusznie skojarzonym przez fanów z motywem z gry „Mario” J Mam problem z jednoznacznym ocenieniem tej piosenki, z jednej strony mamy tu świetną melodię i ciekawy tekst w zwrotkach, ale w refrenie znów pojawia się irytujący banał „baby please don’t cry”. Sam refren jest jednak tak dynamiczny, że można wybaczyć ten jeden wers napisany „na siłę”.  „Miłość to jest wszystko” to druga z piosenek z tekstem Mogielnickiego (wszystkie pozostałe teksty są autorstwa Janusza Panasewicza, wokalisty zespołu). Niestety brakuje tutaj gitarowej wirtuozerii Jana Borysewicza, przez co utwór ma nieco zbyt popowy charakter. Tekst jest naprawdę ciekawy, refren wpada w ucho, jednak przez brak jakiejś charakterystycznej solówki lub partii rytmicznej cały utwór jest raczej mdły. „Nie mamy nic do stracenia” to jeden z najlepszych utworów na płycie. Rozpoczyna się on cichym bluesowym rytmem gitary, po czym wchodzi wokal razem z ostrzej brzmiącą gitarą rytmiczną. Utwór od pierwszych taktów jest bardzo dynamiczny, co dodatkowo potęguje świetny refren. Później pojawia się też doskonałe przejście, imponujące jest to, że cały zespół zmienia rytm i tonację po jednym uderzeniu perkusisty w talerze. Właśnie ten element sprawia, że jest to jedna z najciekawszych piosenek na „Maratonie”. „Freedom time” od pierwszej sekundy daje wrażenie, jakby był mocno inspirowany twórczością zespołu U2. Nie jest to jednak absolutnie wada tej kompozycji. Głęboki, szczery tekst i doskonałe brzmienie gitary, która świetnie harmonizuje z wokalem w refrenie są dodatkowo urozmaicone przez ciekawe przejścia. Jest to drugi utwór, który moim zdaniem powinien zostać singlem. Tak doświadczony zespół jak Lady Pank powinien dać przykład początkującym artystom, że nie tylko kiczowate piosenki, z prostym rytmem na trzech akordach i wykrzyczanym dziesięć razy refrenem mogą odnieść sukces komercyjny. Ostatnia piosenka „Życie jak maraton” to zdecydowanie mój ulubiony utwór z najnowszego dzieła artystów z Lady Pank.  Fenomenalny rytm gitary, świetny wokal i tekst, porywający refren, który na zakończenie jest śpiewany a capella sprawia, że po skończeniu odtwarzania płyty pojawia się żal, że to już jest koniec. Moim zdaniem to właśnie ten utwór powinien promować najnowsze dzieło wyjadaczy polskiego rocka.

Na koniec jeszcze parę słów o wydaniu płyty. Szata graficzna (okładka i wszelkie obrazki na pudełku) są utrzymane w tym samym klimacie, co teledysk do „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą”, jest to kreskówkowa stylistyka. Wśród fanów zdania są podzielone, faktem jest, że wizerunki artystów na okładce, to raczej karykatury niż podobizny, ale całość prezentuje się całkiem dobrze, jest dużo detali dla wnikliwych obserwatorów (jak plakaty w tle ;)). W pudełku znajdziemy też książeczkę z tekstami piosenek, często zdarza się ostatnio, że w wydawnictwach brakuje nawet takiego gadżetu. W tekstach zdarzyło się kilka drobnych błędów, ale są to naprawdę małe szczegóły (być może błędy Panasa podczas nagrywania). Martwi mnie tylko sprawa trwałości kartonowego pudełka.

 Wielokrotne przesuwanie premiery, mocno napompowane zapowiedzi i recenzje, wieloletnie oczekiwania. To wszystko nie poszło na marne, wierni fani zespołu Lady Pank otrzymali solidną porcję świetnego materiału, moim zdaniem jest to jeden z najlepszych albumów w ich prawie trzydziestoletniej karierze. Zdecydowanie polecam, nie tylko fanom, ale wszystkim miłośnikom muzyki.


20 lip 2011

Sekret brzmienia gitary Fender Telecaster

Dźwięk gitary zależy od wielu czynników. Gatunek drewna, kształt, obecność komór rezonansowych, rodzaj przetworników to tylko niektóre z nich. Niektóre modele gitar zawdzięczają swoje unikatowe brzmienie niepozornym elementom, na które niewielu ludzi zwraca uwagę. Jednym z takich instrumentów jest Fender Telecaster. Swoje charakterystyczne brzmienie zawdzięcza on... metalowej płytce umieszczonej pod przetwornikiem single-coil umieszczonym przy mostku.* W artykule tym postaram się przybliżyć funkcje, które spełnia ów kawałek metalu i porównać kilka z materiałów wykorzystywanych do jego wykonania.
Na zdjęciu, choć małym, można dostrzec głównego bohatera artykułu (płytka w kolorze miedzi, pod czarną osłonką) 

Płyta bazowa przetwornika przy mostku może spełniać trzy funkcje, które teraz kolejno objaśnię:

Funkcja ferromagnetyczna

Leo Fender w pierwszych egzemplarzach modelu Telecaster używał stalowej płytki pokrytej miedzią, aby ustabilizować i zwiększyć siłę magnetyczną przetworników z magnesem Alnico 3, których sygnał był dość słaby. Stalowa płytka o silnych właściwościach ferromagnetycznych zwiększa indukcyjność cewki, działa to trochę tak, jakbyśmy zwiększyli ilość zwojów w cewce.

Płyta bazowa wykonana ze stali przenosi też poprzez śruby i metalową pokrywę mostka wibracje korpusu gitary i przekazuje ich część do przetwornika dając typowe brzęczące brzmienie Telecastera. Efektem ubocznym jest efekt mikrofonowy, czyli wysoki pisk przy
wyższych poziomach głośności.

Funkcja elektrodynamiczna

Płytki bazowe wykonane ze stali, miedzi, mosiądzu i aluminium powodują powstanie prądów interferencyjnych, które przesuwają charakterystykę akustyczną rezonansu w kierunku tonów niskich, co daje przyjemniejszy, cieplejszy dźwięk, w szczególności w pozycji przy mostku. Jeśli nie odpowiada Ci brzmienie Twojego przetwornika, a nie chcesz zmieniać indukcyjności cewki i siły elektrodynamicznej magnesów, spróbuj zastosować aluminiowe lub mosiężne płytki w celu zmiany charakterystyki brzmienia swojego przetwornika. Tego typu płytki mogą być bardzo efektywne w przystawkach single-coil z mangesami Alnico, ale na wielu innych projektach przetworników mogą dać koszmarne efekty.

Dodatkowe ekranowanie

Wszystki płytki wykonane z metalu zapewniają dodatkowe ekranowanie, które jest niezbędne w przypadku gitar z przetwornikami single-coil. Ograniczają one charakterystyczny brum (choć nie pozbędziemy się go do zera), towarzyszący wszystkim tego typu przystawkom.

Na tym zdjęciu doskonale widać, że płytka (stalowa, pokryta miedzią) jest podłączona do masy. 



Bardzo ważnym czynnikiem, od którego zależą końcowe efekty jest grubość płytki. Jeśli będzie ona zbyt cienka, wymienione funkcje będą miały bardzo mały wpływ na brzmienie. Jeżeli płytka będzie z kolei zbyt gruba, przystawka może stracić wyrazistość brzmienia. Najlepsze efekty można uzyskać stosując płytki o grubości od 1/32” (cala) do 1/16”. Należy też upewnić się, że płytka jest solidnie przymocowana do przetwornika (ze względu na wspomniane już przenoszenie rezonansu).


Na koniec krótkie porównanie materiałów:

Stalowe płyty bazowe (również te pokryte miedzią), pełnią wszystkie wymienione powyżej funkcje.

Mosiądz, miedź i aluminium spełniają tylko funkcję dodatkowego ekranowania i funkcję elektrodynamiczną (nie spełniają funkcji ferromagnetycznej, ponieważ są to paramagnetyki i diamagnetyki).

Płytki ze stopu stali nierdzewnej pełnią jedynie funkcję ekranującą.

*Nie jest to oczywiście jedyny sekret brzmienia, ale to głównie dzięki tej płytce zawdzięczamy charakterystyczne "brzęczenie" ;) 

19 maj 2011

Jak przerobić gitarę akustyczną na elektroakustyczną? (Bez dewastowania jej! ;))

W dzisiejszym krótkim poradniku DIY pokażę jak w prosty sposób zmienić gitarę akustyczną w elektroakustyczną. Będziemy do tego potrzebowali gumowej zaślepki na otwór rezonansowy, przetwornika gitarowego, wtyku duży jack (6,3mm) mono oraz kabla ekranowanego (długość ok. 3m, nie powinno przekraczać 6 metrów). Potrzebne będą również narzędzia: ostry nóż z cienkim ostrzem (najlepiej nożyk do tapet), wiertarka (lub ostry przedmiot którym uda nam się zrobić dziurę w dość grubej gumie ;)) oraz lutownica i podkładka na stół.
Kładziemy zaślepkę stroną, która znalazłaby się wewnątrz pudła do góry i rysujemy linie (drapiąc gumę ostrym nożem lub końcówką długopisu) wzdłuż wycięć, które znajdują się po drugiej stronie. Pomogą nam one równo zamontować nasz przetwornik. Po narysowaniu linii ustawiamy przetwornik jak najbliżej środka uważając by był on umieszczony prostopadle do linii pomocniczych. „Odrysowujemy” kontur przetwornika znów drapiąc ostrym przedmiotem powierzchnię gumy (użyjcie siły, niech to będą naprawdę wyraźne linie!).


Po odrysowaniu konturów przetwornika musimy wyciąć otwór, tak aby część przetwornika z metalowymi bolcami (nabiegunnikami) wystawała ponad zaślepkę, a „skrzydełka”, które służą do przykręcenia przetwornika do maskownicy pozostawały po wewnętrznej stronie. Najłatwiej to zrobić wbijając nóż w gumę tak, by przebił ją na wylot i naciskając na niego tak, by przecinał gumę wzdłuż narysowanego wcześniej szablonu. Wycinamy najpierw prostokątny otwór a potem zaokrąglone końce przystawki single-coil (w przypadku humbuckerów może być nieco prościej ponieważ są prostokątne, bez dużych zaokrągleń na końcach). Przymierzamy teraz nasz przetwornik do wyciętego otworu, jeśli otwór jest zbyt mały powiększamy go ostrożnie nożykiem. Teraz musimy być naprawdę precyzyjni, bo przystawka powinna wchodzić z lekkim oporem, „na wcisk”.

 


Następnie należy wykonać otwór, przez który będzie wychodził kabel. Powinien on znajdować się jak najbliżej środka otworku, tuż przy jego dolnej krawędzi. Dzięki temu przewód nie będzie przeszkadzał nam w grze.
 
Teraz musimy przylutować przewód do przetwornika. Najpierw musimy połączyć ekrany, czyli miedziane druciki oplatające izolowaną żyłę znajdującą się w środku. Następnie lutujemy ze sobą pozostałe przewody (w tym przypadku na lutowane kable należy założyć koszulkę termokurczliwą lub owinąć je taśmą izolacyjną). Na połączone w ten sposób kabelki najlepiej założyć koszulkę termokurczliwą, która poprawi walory estetyczne projektu ;)

Wkładamy przetwornik w otwór w gumowej zaślepce i przekładamy wolny koniec kabla przez dziurę, którą wcześniej wykonaliśmy. Musimy teraz przylutować wtyczkę. Odkręcamy metalową (lub plastikową) osłonkę i zakładamy ją na kabel. Ekran przewodu lutujemy do podłużnej blaszki z zaciskami, a kabel sygnałowy do blaszki, która jest przymocowana do środka bolca. Przykręcamy osłonkę do wtyku i po sprawdzeniu, czy nie porobiliśmy zwarć możemy testować nasze dzieło na wzmacniaczu gitarowym :)